czwartek, 15 listopada 2018

Arka - MKS / Legionovia - MKS

   Od momentu, gdy wiedziałam, że mój ulubiony Brazylijczyk w Superlidze zostanie w Polsce plan był, by na pewno się zobaczyć. Mecz w Kaliszu miał być dopiero w marcu - troszkę dużo czasu - pomyślałam. I sprawdziłam, kiedy gramy z Arką w Gdyni. Termin był wręcz idealny, moje 11 dniowe wolne od uczelni, więc bez względu na dzień mogłam planować wyjazd. Pilnowałam daty, miałam zamiar jechać sama, ale skorzystałam z wyjazdu z Klubem Kibica. 


  I takim to sposobem 3 listopada pojechałam do Gdyni na mecz ostatniej w tabeli Arki, która nie wygrała żadnego meczu, czyli nie posiadającej nawet punktu w tabeli. Wszyscy byli przekonani o pewnym zwycięstwie Kalisza. Myślałam głośno o tym, że rok temu był wyjazd po pewne punkty do Szczecina, gdzie Szczecin był ostatni w tabeli. Że Arka ma przecież dobry początek meczu. Może gdzieś przeczuwałam, że to się tak skończy?  I chociaż nie jechałam tam z myślą, że przegramy. Sama byłam ciekawa, co zagra Arka - żaden ich mecz nie był transmitowany, a ja opierałam się na tym, co mówili inni i co wynikało ze śledzenia relacji punktowej. (22 września na twitterze pisałam, że czuję, iż wyjazd do Gdyni skończy się jak rok temu o tej samej porze wyjazd do Szczecina)

   Arka wygrała pierwszy mecz w Lidze. W 9 kolejce. Z Kaliszem. Cóż, chyba nie tak sobie wyobrażałam ten mecz. Jechałam po zwycięstwo, a tutaj jedyne co mogłam robić, to uśmiechać się, bo Mollino wygrał. Mogłam mu osobiście pogratulować,  uśmiechnąć się, żartować, zrobić zdjęcie, porozmawiać. To była jedyna dobra rzecz tamtego wieczoru. Bo naprawdę gdzieś po prostu go polubiłam. Za to, że chyba zawsze się uśmiecha. Że mogę napisać po prostu z pytaniem co u niego, a on odpiszę. Po prostu wydaję się sympatyczny i nawet kalecząc angielski - umiem się jakoś z nim dogadać. Było Romkowe "Cześć", gdy mnie zobaczył. Był spór o to, czy wynik był dobry. I mimo wszystko jednak miło wspominam wyjazd do Gdyni. 

Ramon Oliveira, Jackson Souza i Anderson Mollino 

  I chociaż mówiłam, że w najbliższym czasie nie jadę nigdzie autokarem, bo sześciogodzinna podróż w jedną stronę i hałasujący panowie dali się we znaki, to co zrobiłam kilka dni później? Zapisałam się na wyjazd z Klubem Kibica siatkarek do Legionowa. Zaczęło się wysłaniem zrzutu ekranu o informacji o wyjeździe do Grzesia i rzuceniem, pół żartem, pół serio -  pytania - jedziemy? Nie sądziłam, że on tak będzie chciał jechać.

# NieJestemPoważnymCzłowiekiem

  Ostatnio myślę, że to jest mój hasztag. Bo troszkę może przesadzam z wyjazdami. Może troszkę powinnam się ogarnąć życiowo, zamiast patrzeć w terminarz i zastanawiać się, gdzie pojechać znów? 



   MKS niestety przegrał. Dogrywanie drugiej piłki dołem, bo ciężko to nazwać wystawieniem piłki, na tym etapie rozgrywek - w takiej ilości nie przystoi.  Mimo wszystko fajnie było zobaczyć kaliskie siatkarki w akcji, poznać nowych ludzi. Zamienić kilka słów z panem kierowcą. Jeden postój na godzinę? Słyszałam opowieści, że wracali kiedyś 9 godzin z Warszawy, więc ja już nigdy nie będę narzekać! 

   Nie przyniosłam więc szczęścia żadnej z drużyn. Może następnym razem? Terminarze też mnie nie rozpieszczają - trzy mecze siatkarek kompletnie w Kaliszu mi nie pasują. Oby przy terminie meczu z ŁKSem było lepiej. 

 Lubię mecze z dużą publicznością, a w Legionowie tego nie zabrakło. Był to mecz w przypadającą w tym roku setną rocznicę odzyskania niepodległości, więc przed meczem wszyscy odśpiewali hymn.  

   Grzesiu odwiózł mnie do domu, ale chodzenie spać przed 5 rano nie jest dla mnie, dlatego ucięłam sobie drzemkę w autobusie. 

  Postaram się już tu zaglądać. I pisać jednak na bieżąco, a nie tak, jak teraz - dwa złączone wyjazdy, jeden wpis, spóźniony. Najbliższy mecz 25 listopada. Wyjazd? W niedzielę kierunek Wrocław!