Miałam być w tym roku bardziej systematyczna. Miałam częściej tu pisać. Miałam, to słowo klucz. Nic nie wychodzi tak, jak powinno. A przecież i styczeń i luty nie były takie złe. Może mogły być lepsze, ale myślę, że było naprawdę dość przyjemnie. Chociaż nie wszystko się układało tak, jakbym chciała. Kilka podejść do napisania wpisu. Miał być przed meczem z Gdynią, później po nim, ostatecznie na wpis załapał się jeszcze mecz siatkarek i piłkarzy z Pogonią. I siatkarek z Radomką. Dwa mecze z Radomką z dwóch różnych miesięcy.
Ostatnim wydarzeniem, o jakim wspomniałam był koncert Korteza dwa miesiące temu. Właściwie, w momencie publikacji - już jednak prawie trzy. Nadal z uśmiechem wracam do tamtego dnia. Naprawdę dobrze rozpoczęłam ten rok. Później nie było tak kolorowo. Jeszcze zahaczyłam o mecz Pucharu Polski z Kwidzynem w ramach Pucharu Polski, który Kalisz wygrał po karnych. I kiedy to autobus był za wcześnie, więc miałam godzinny spacer po zimnym Kaliszu. No cóż, zdolna jestem, całe szczęście, że mecz był wcześniej i to nie był ostatni autobus. Byłoby mało zabawne, gdybym dzwoniła do rodziców, że uciekł mi autobus. A tak zwiedziłam wieczorny Kalisz.
Później jednak sesja weszła za bardzo. To nie był mój semestr. Byłam strasznie leniwa przez cały jego okres, więc nic dziwnego, że gdy inni mieli właściwie dwa tygodnie wolnego - ja walczyłam o przetrwanie. Wszystko skończyło się dobrze, ale co się namęczyłam, to się namęczyłam. W między czasie ominęłam mecz Pucharu Polski z Zabrzem i ligowy z Puławami.
Później przyjechała Natalka i razem byłyśmy na meczu z Głogowem piłkarzy ręcznych i siatkarek z Radomką. Miła rozmowa z Eweliną. Potrzebowałam takich trzech dni z przyjaciółką. Chociaż Liga Siatkówki Kobiet i Polsat postanowiły popsuć nam plany i mecz z Radomką odbył się w... poniedziałek. Byłam pewna, że nie będę miała wtedy zajęć, więc stwierdziłam, że może Natalka przyjechać. Chyba nie muszę mówić, że jednak zajęcia były? No cóż, pojawiłam się na nich i wcale nie było najgorzej. Teraz minęło półtora miesiąca zajęć.
~~~
Później przyjechała Natalka i razem byłyśmy na meczu z Głogowem piłkarzy ręcznych i siatkarek z Radomką. Miła rozmowa z Eweliną. Potrzebowałam takich trzech dni z przyjaciółką. Chociaż Liga Siatkówki Kobiet i Polsat postanowiły popsuć nam plany i mecz z Radomką odbył się w... poniedziałek. Byłam pewna, że nie będę miała wtedy zajęć, więc stwierdziłam, że może Natalka przyjechać. Chyba nie muszę mówić, że jednak zajęcia były? No cóż, pojawiłam się na nich i wcale nie było najgorzej. Teraz minęło półtora miesiąca zajęć.
W końcu podjęłam decyzję co do tematu pracy inżynierskiej. Ale zanim to zrobiłam - wpadłam jeszcze na mecz siatkarek z Piłą, czyli derby Wielkopolski wygrane przez Kalisz. I które sprawiają, że brak walki o przetrwanie jest możliwy. Byłam też na meczu piłkarzy ręcznych z Opolem, na który strasznie nie miałam ochoty jechać w momencie, jak byłam już w pociągu do Kalisza. Co do tematu pracy inżynierskiej - troszkę się boję samego pisania aplikacji na Androida. Cóż, ktoś próbuje być ambitny na samym końcu studiów. Planner rodzinny ogólnie brzmi sympatycznie i może jednak będę się świetnie bawić. A jak nie, to nie zostanę inżynierem, mówi się trudno. W sumie moje całe studia to - a co się będę przejmować pracą inżynierską, może nie dotrwam. I jednak dotrwałam... Nie wiem, czy się cieszyć, okażę się za rok.
~~~
Ominął mnie mecz z Kielcami w Pucharze Polski, ale te mecze z Kielcami to jakoś ogólnie mi nie siedzą. W zeszłym sezonie - pierwszy mecz sezonu, a ja byłam wtedy w Krakowie. W tym najpierw mecz po 20, a teraz akurat w ten dzień, gdy kończę późno zajęcia. Ile razy wspominałam, że terminarze mnie nienawidzą? Na 4 mecze Kalisza z Kielcami, byłam na jednym. Zabawne, prawda?
W styczniu dokonałam jeszcze zakupu biletów. Dzień dziecka w tym roku spędzam w Katowicach na meczach Australia - Brazylia, Polska - USA. A w sierpniu, chyba 24 na meczach Mistrzostw Europy, Słowenia -Belgia, Polska - Portugalia (chyba Portugalia). Ciągle szukam też jakiegoś szalonego człowieka, który chciałby ze mną spędzić 10 sierpnia w Gdańsku na meczach Turnieju Kwalifikacyjnego do Igrzysk Olimpijskich.
Odliczam więc dni do Łodzi, do Katowic i koncertu Podsiadło w Jarocinie. To nie jest tak, że się nic nie dzieje. Lubię planować, także śledzę terminarze i próbuje coś wymyślić. Myślę znów od Memoriale Wagnera, ale to chyba byłoby zbyt wiele w sierpniu na mój biedny, studencki budżet. Już nie myślę o tym, stan mojego konta zadbał o to, bym nigdzie nie jechała. W weekend, gdy byłam w piątek na meczu z Piłą, w sobotę na meczu z Opolem, to w niedzielę była opcja, by wpaść do Poznania na mecz z Lecha. Byłam podziębiona, więc nawet te dwa mecze, na których byłam nie brzmiały dobrze, no ale... nie jestem poważnym człowiekiem. No może czasami jestem, bo jednak do tego Poznania nie pojechałam. A pierwszy raz terminarz był taki jak powinien być.
I przyszedł czas na mecz z Arką Gdynią. Miałam takie okropnie mieszane uczucia przed tym meczem. Bo pamiętam moment, gdy ogłoszono że AM zostaje w Superlidze, ale zmienia klub. Czekałam na terminarz, żeby zobaczyć datę meczu z AG. Marzec wydawał się być tak bardzo odległy, że sprawdziłam, kiedy gramy w Gdyni. Planowałam, że wpadnę tam na jakiś mecz, niekoniecznie nawet z Kaliszem. I ostatecznie jednak pojechałam na mecz z nami, będąc chora - wspominałam o tym tutaj. To był najbardziej niepoważny wyjazd, ale dziś, z perspektywy czasu wiem, jak okropnie bym żałowała, gdybym wtedy do Gdyni nie pojechała. Po świętach, a przed nowym rokiem - przestałam czekać na ten mecz z AG, bo nie miałam po co. On najpierw kończył karierę, później jednak poszedł do Kataru. Wtedy ten mecz był już dla mnie jak każdy inny. I właściwie nawet nie miałam ochoty na to iść, ale przemawiało do mnie to, że tego dnia miałam mieć zajęcia, jeden z dwóch dni w tym tygodniu. Kończyłam je o dobrej porze, że wystarczyło wsiąść w autobus i jechać na halę. Do końca sezonu zostało niewiele meczów, więc postanowiłam, że jednak pojadę. I pojechałam. I wygraliśmy. 27:16, choć wydaje mi się, że ta różnica nie była aż tak widoczna. Mecz się odbył, punkty zostały w Kaliszu.
Nie zmienia to jednak faktu, że czeka nas gra w rundzie barażowej, czy spadkowej. Lubin, Mielec, Szczecin, Gdynia i Gdańsk. Mam tylko nadzieję, że mecz z tymi ostatnimi nie odbędzie się dnia, gdy będę na koncercie Podsiadło.
I po meczu z Arką przyszedł czas na mecz siatkarek, ostatni w rundzie zasadniczej Ligi Siatkówki Kobiet. Wystarczyło wygrać jednego seta, by grac o miejsca 7-8. A kaliskie siatkarski zrobiły więcej - wygrały dwa sety i strasznie szkoda, że nie udało się wygrać meczu. A jeszcze w środę wracając z meczu z Gdynią mówiłam, że będzie pewnie szybki mecz dla Łodzi. Cieszę się, że się myliłam. Pomeczowe zdjęcia. Moje zachwalanie cały mecz Ogoms. Cóż, skradła gdzieś moje kibicowskie serduszko, jeszcze bardziej odpowiedzią na instagramie. Mój śmiech przez pół akcji z tego, jak zdobyła punkt Miros. Gonienie autobusu autem z Grzesiem. Aż smutno było wychodzić z hali z myślą, że na mecz siatkarek w tym sezonie wrócę tam tylko jeden raz.
Po półtora tygodnia od meczu z Arką znów pojawiłam się na hali, aby wspierać piłkarzy ręcznych. Mimo, że przesądzone jest już, że zagramy w rundzie spadkowej, to mecze trzeba dograć. Szczecin będzie jednym z naszych bezpośrednich rywali o pozostanie w lidze, tak samo jak Gdynia. Mecz był dziwny. To my goniliśmy Pogoń, mieliśmy szansę na wygraną w końcówce, ale o wyniku przesądziły karne, które wygraliśmy. Po 20 minutach meczu zastanawiałam się, czy moje gardło dotrwa do końca, ale ostatecznie po meczu bolało mnie mniej, niż w trakcie.
W sobotę ostatni mecz siatkarek Kaliskiego zespołu. Nie miałam okazji być na zbyt wielu meczach. Wyjazd w Legionowie, mecz z Rzeszowem, Radomiem, Piłą, Łodzią. Razem pięć meczów, sobotni będzie szóstym. Nie taki był plan na ten sezon, ale zawsze mogło być gorzej. Z piłką ręczną jest lepiej, dziewięć meczów ligowych w Kaliszu, jeden Pucharu Polski i dwa wyjazdowe mecze. I który to mecz miał się znaleźć w osobnym wpisie, a jest w tym. No cóż, jak widać - naprawdę nie jestem systematyczna.
Tak naprawdę na ten mecz miałam iść z Grzesiem i Anną. Z Grzesiem się chwilkę widziałam, Anna się pochorowała. A ja poszłam na mecz z kibicem Zaksy, którego poznałam... trzy dni wcześniej. Robię szalone rzeczy, ale wiecie, nie żałuję. Bo naprawdę dobrze się bawiłam i miło było z kimś pogadać o wszystkim i niczym. I pooglądać mecz siedząc w kolejnym, nowym miejscu. Przespacerować się osiedlem wokół hali i nie zgubić się, chociaż mój towarzysz ma do tego szczęście. Siatkówka łączy ludzi, Twitterowe znajomości są super. (Pozdrawiam z tego miejsca K., mam nadzieję, że więcej, niż jedno zdanie go zadowala, chociaż nie jest to jedno wielokrotnie złożone).
Siatkarki przegrały, ogromnie żałuję, że walka o siódme miejsce nie zakończyła się w Kaliszu, że rywalizacja wraca do Radomia. Obstawiałam 3:1 dla Kalisza, mój towarzysz 3:2, a skończyło się wygraną Radomki po tie-breaku. Po ostatniej piłce po raz pierwszy musiałam od razu wyjść, inaczej nie zdążyłabym na autobus. Nie mogłam przybić co meczowych piątek z siatkarkami MKSu, nie mogłam powiedzieć Alicii, że zagrała świetny mecz, mimo porażki. Smutno znów wychodzić z hali wiedząc, ze na siatkarski mecz wrócę tam dopiero w nowym sezonie, mam nadzieję, że szybciej dotrę na 1 mecz, niż w tym sezonie.
Nie znalazłam szalonego człowieka, który zechciałby ze mną jechać do Gdańska. Podjęłam więc troszkę szaloną decyzję, że kupiłam po prostu jeden bilet dla siebie. I zobaczę Słoweńców. To ten moment, gdy bardziej się cieszę, że idę na mecz Słowenii, niż mecz Polaków. A Francuzi? Słowenia i już!
To była troszkę spontaniczna decyzja. Byłam w środę po bilety na mecz Zaksy z Onico w Opatówku(o którym postaram się pamiętać tu wspomnieć), nie pojechałam na wykład, czekałam na autobus do domu i pisząc z koleżanką podjęłam decyzję, że jednak kupię ten bilet do Gdańska. Że będę żałować. Co prawda jak zerknęłam na ceny noclegów, to troszkę się przeraziłam, ale może coś ogarnę. Mam jeszcze troszkę czasu.
Opatówek, Katowice, Gdańsk, Łódź - fajny wyjazdowy ten rok. I chociaż to jest moment, gdy powinnam przestać planować wyjazdy na ten rok - jestem pewna, że jeszcze coś wymyślę. Szkoda, że praca inżynierska się sama nie napiszę, a stan konta cudownie sam się nie powiększy. Byłoby łatwiej.
~~~
I przyszedł czas na mecz z Arką Gdynią. Miałam takie okropnie mieszane uczucia przed tym meczem. Bo pamiętam moment, gdy ogłoszono że AM zostaje w Superlidze, ale zmienia klub. Czekałam na terminarz, żeby zobaczyć datę meczu z AG. Marzec wydawał się być tak bardzo odległy, że sprawdziłam, kiedy gramy w Gdyni. Planowałam, że wpadnę tam na jakiś mecz, niekoniecznie nawet z Kaliszem. I ostatecznie jednak pojechałam na mecz z nami, będąc chora - wspominałam o tym tutaj. To był najbardziej niepoważny wyjazd, ale dziś, z perspektywy czasu wiem, jak okropnie bym żałowała, gdybym wtedy do Gdyni nie pojechała. Po świętach, a przed nowym rokiem - przestałam czekać na ten mecz z AG, bo nie miałam po co. On najpierw kończył karierę, później jednak poszedł do Kataru. Wtedy ten mecz był już dla mnie jak każdy inny. I właściwie nawet nie miałam ochoty na to iść, ale przemawiało do mnie to, że tego dnia miałam mieć zajęcia, jeden z dwóch dni w tym tygodniu. Kończyłam je o dobrej porze, że wystarczyło wsiąść w autobus i jechać na halę. Do końca sezonu zostało niewiele meczów, więc postanowiłam, że jednak pojadę. I pojechałam. I wygraliśmy. 27:16, choć wydaje mi się, że ta różnica nie była aż tak widoczna. Mecz się odbył, punkty zostały w Kaliszu.
Nie zmienia to jednak faktu, że czeka nas gra w rundzie barażowej, czy spadkowej. Lubin, Mielec, Szczecin, Gdynia i Gdańsk. Mam tylko nadzieję, że mecz z tymi ostatnimi nie odbędzie się dnia, gdy będę na koncercie Podsiadło.
~~~~
I po meczu z Arką przyszedł czas na mecz siatkarek, ostatni w rundzie zasadniczej Ligi Siatkówki Kobiet. Wystarczyło wygrać jednego seta, by grac o miejsca 7-8. A kaliskie siatkarski zrobiły więcej - wygrały dwa sety i strasznie szkoda, że nie udało się wygrać meczu. A jeszcze w środę wracając z meczu z Gdynią mówiłam, że będzie pewnie szybki mecz dla Łodzi. Cieszę się, że się myliłam. Pomeczowe zdjęcia. Moje zachwalanie cały mecz Ogoms. Cóż, skradła gdzieś moje kibicowskie serduszko, jeszcze bardziej odpowiedzią na instagramie. Mój śmiech przez pół akcji z tego, jak zdobyła punkt Miros. Gonienie autobusu autem z Grzesiem. Aż smutno było wychodzić z hali z myślą, że na mecz siatkarek w tym sezonie wrócę tam tylko jeden raz.
~~~
~~~
W sobotę ostatni mecz siatkarek Kaliskiego zespołu. Nie miałam okazji być na zbyt wielu meczach. Wyjazd w Legionowie, mecz z Rzeszowem, Radomiem, Piłą, Łodzią. Razem pięć meczów, sobotni będzie szóstym. Nie taki był plan na ten sezon, ale zawsze mogło być gorzej. Z piłką ręczną jest lepiej, dziewięć meczów ligowych w Kaliszu, jeden Pucharu Polski i dwa wyjazdowe mecze. I który to mecz miał się znaleźć w osobnym wpisie, a jest w tym. No cóż, jak widać - naprawdę nie jestem systematyczna.
Tak naprawdę na ten mecz miałam iść z Grzesiem i Anną. Z Grzesiem się chwilkę widziałam, Anna się pochorowała. A ja poszłam na mecz z kibicem Zaksy, którego poznałam... trzy dni wcześniej. Robię szalone rzeczy, ale wiecie, nie żałuję. Bo naprawdę dobrze się bawiłam i miło było z kimś pogadać o wszystkim i niczym. I pooglądać mecz siedząc w kolejnym, nowym miejscu. Przespacerować się osiedlem wokół hali i nie zgubić się, chociaż mój towarzysz ma do tego szczęście. Siatkówka łączy ludzi, Twitterowe znajomości są super. (Pozdrawiam z tego miejsca K., mam nadzieję, że więcej, niż jedno zdanie go zadowala, chociaż nie jest to jedno wielokrotnie złożone).
Siatkarki przegrały, ogromnie żałuję, że walka o siódme miejsce nie zakończyła się w Kaliszu, że rywalizacja wraca do Radomia. Obstawiałam 3:1 dla Kalisza, mój towarzysz 3:2, a skończyło się wygraną Radomki po tie-breaku. Po ostatniej piłce po raz pierwszy musiałam od razu wyjść, inaczej nie zdążyłabym na autobus. Nie mogłam przybić co meczowych piątek z siatkarkami MKSu, nie mogłam powiedzieć Alicii, że zagrała świetny mecz, mimo porażki. Smutno znów wychodzić z hali wiedząc, ze na siatkarski mecz wrócę tam dopiero w nowym sezonie, mam nadzieję, że szybciej dotrę na 1 mecz, niż w tym sezonie.
~~~
Nie znalazłam szalonego człowieka, który zechciałby ze mną jechać do Gdańska. Podjęłam więc troszkę szaloną decyzję, że kupiłam po prostu jeden bilet dla siebie. I zobaczę Słoweńców. To ten moment, gdy bardziej się cieszę, że idę na mecz Słowenii, niż mecz Polaków. A Francuzi? Słowenia i już!
To była troszkę spontaniczna decyzja. Byłam w środę po bilety na mecz Zaksy z Onico w Opatówku(o którym postaram się pamiętać tu wspomnieć), nie pojechałam na wykład, czekałam na autobus do domu i pisząc z koleżanką podjęłam decyzję, że jednak kupię ten bilet do Gdańska. Że będę żałować. Co prawda jak zerknęłam na ceny noclegów, to troszkę się przeraziłam, ale może coś ogarnę. Mam jeszcze troszkę czasu.
Opatówek, Katowice, Gdańsk, Łódź - fajny wyjazdowy ten rok. I chociaż to jest moment, gdy powinnam przestać planować wyjazdy na ten rok - jestem pewna, że jeszcze coś wymyślę. Szkoda, że praca inżynierska się sama nie napiszę, a stan konta cudownie sam się nie powiększy. Byłoby łatwiej.