piątek, 3 maja 2019

24 kwietnia, Jarocin, Koncert Dawida Podsiadło

Jak kupić bilety na koncert Dawida Podsiadło:
1. Sprawdzić o której godzinie i w jakim dniu są sprzedawane bilety.
2. Zdenerwować się, że ma się tego dnia na uczelni laboratoria, na których musi się być.
3. Zastanawiać się, czy na pewno na nie iść.
4. Stwierdzić, że jednak trzeba tam iść, ale spróbuję się z telefonu kupić bilety.
5. W drodze na uczelnie sprawdzić, czy jest już na stronie dokładny link do wydarzenia.
6. Dodać tę stronę jako startową przeglądarki.
7. Uprzedzić kolegę siedzącego obok, aby przed 14 też Cię pilnował, abyś kupiła bilety.
8. O 13:55 zalogować się na stronie.
9. Równo o 14 wybierz stronę startową.
10. Wybierz 2 bilety.
11. Klikaj wszystko jak leci, byle dość do momentu płatności - nawet nie sprawdź, jakie dostaniesz miejsca.(Swoją drogą, ludzie pisali o wciskaniu obrazków, które gwarantują, że nie jest się bootem - a mi tylko chwilkę dłużej ładowało stronę z informacją, że to jest sprawdzane).
12. Czekaj chwilę na smsa od banku i zdaj sobie sprawę, że zajęcia są 'w piwnicy' i nie zawsze jest zasięg. 
13. Odetchnij z ulgą, jak już dostaniesz smsa.
14. O 14:03:13 zapłać i dostań potwierdzenie płatności od Dotpay.
15. Sprawdź miejsca i bądź zaskoczona, że kupując punktualnie o 14 - dostaniesz miejsca w 25 rzędzie.
 16. Ciesz się tym, że posiadasz bilety, gdy zdasz sobie sprawę, że dużej grupie ludzi się to nie udało. 

  Powyższy wstęp napisałam sobie krótko po tym, jak kupiłam bilety, stąd też dokładna godzina potwierdzenia płatności od Dotpay.  Odliczałam kolejne dni do koncertu. Mijały szybko, choć zaczynałam odliczać od 124 dni. Wydawało się dużo, ale ostatecznie dzień koncertu nadszedł prędzej, niż się tego spodziewałam.

 Na sam koncert postanowiłam zabrać mamę. Wiedziałam, że strasznie żałowała, że nie pojechała na koncert Eda, którego obie lubimy. Kiedyś pomiędzy słuchaniem Korteza, a Dawida powiedziała, że chciałaby kiedyś iść na koncert. Zakodowałam to w głowie i niedługo później powiedziałam, że Podsiadło będzie w Jarocinie. A jeszcze troszkę przed tym żałowałam, że poznańskie koncerty są o 20:30, bo bym pojechała, a mama żartowała, że może będzie gdzieś bliżej kiedyś. Nie powiedziałam jej jednak, że planuje kupić bilety na koncert, bo pewnie wymówka byłaby taka, jak zawsze. Postawiłam mamę przed faktem dokonanym, gdy po zakupie biletów, w przerwie między zajęciami zadzwoniłam mówiąc, żeby zaklepała sobie wolne. Nie podałam od razu powodu, więc była przestraszona, czemu każę jej brać wolne w pracy. I choć miejsca nie były wymarzone, to nie mogłam się doczekać 24 kwietnia. Nie wiem, czy bardziej cieszyłam się z tego, że to ja idę na koncert, czy z tego, że zabieram tam mamę. I miałam nadzieję, że będzie się jej podobało.

  Na koncert wybrałyśmy się autobusem lokalnego przewoźnika. Na drodze był wypadek, więc zamiast jechać główną, jechaliśmy objazdem. Cudowne, polskie wiejskie drogi. Nie były przystosowane do jazdy samochodów ciężarowych, a maleńki busik, którym jechałam - mknął momentami połową po poboczu. Kurzyło się niemiłosiernie, więc okna domów zapewne nie wyglądały tak pięknie, jak na święta, kiedy zapewne zostały umyte. 

   Pan kierowca okazał się bardzo miły. Musiał słyszeć naszą rozmowę, że nie jestem do końca pewna, kiedy mamy wysiąść i najwyżej pojedziemy do końca i włączymy nawigację. Ostatecznie wysiadłyśmy w najlepszym dla nas miejscu i dotarłyśmy do Jarocińskiego Ośrodka Kultury. Całkiem przyjemne miejsce. Troszkę czekałyśmy, nim otworzą salę. 

  Okazało się, że faktycznie miałyśmy miejsca w ostatnim rzędzie. Lepiej, z numeracji wynikało, że to były dwa ostatnie. No chyba, że przydzielali miejsca od końca. To był taki kameralny koncert na 400 osób, z czego około 60 biletów sprzedano w Jarocinie stacjonarnie - pewne dziewczyny udostępniły zdjęcia biletów z 5 rzędu chyba, a wiedząc, że miejsc było na rząd 16 - mogę śmiało stwierdzić, że tyle sprzedano w Jarocinie. Przykre to, że były osoby, które nie musiały stanąć w walce o bilety w internecie. Mama śmiała się na moje stwierdzenie, że aby kupić te bilety trzeba było być szybszym jak gepard. 

 I choć był to ostatni rząd, to magia koncertu dotarła też do nas. Słuchałam, nuciłam, uśmiechałam się do mamy siedzącej obok. Słuchałam Dawida, który między piosenkami starał się mówić. Sprawiał, że ludzie się śmiali. Mówił o braku zwierząt na koncertach i o roztoczach w powietrzu. O tym, że on lubi mówić i że mówienie jest jedną z jego ulubionych rzeczy zaraz po... nie mówieniu. Nie wybierał lepszego koncertu z tych dwóch, które zagrał dzień po dniu. To był taki magiczny wieczór. Gdzie wszyscy prawie siedzieli, wszyscy wstali na 'Nie ma fal' i fale jednak były. Gdzie na bis była tylko jedna piosenka, której wiedziałam, że nie zabraknie. Choć trasa nazywała się Wielkomiejski Tour, to Małomiasteczkowego nie mogło zabraknąć. Wszyscy stali, śpiewali. Myślę, że warto było jechać. I choć nie jechałam tam z nastawieniem na usłyszenie koniecznie któreś z piosenek, to wszystkich dobrze się słuchało. I gdzieś się uśmiechnęłam na 'W dobrą stronę' bo kojarzy mi się z Kaliskim Pucharem Polski, w trakcie którego puszczano jej refren. Przyznam, że przyjemnie dla ucha grał zespół. Naprawdę nie chciałam, by się kończyło. I choć wydałam na jeden bilet 129 zł, to myślę, że to było warte tych pieniędzy. Mama podzieliła moje zdanie i naprawdę cieszyłam się, że i ona była zadowolona. 


  
  Kilka kolejnych dni nuciłam piosenki Dawida i doszłam do wniosku, że jedyne, co mnie w tym wszystkim rozczarowało, to fakt, że na niektórych koncertach Dawid później wychodził do ludzi. Ale to jak już minęła cała euforia i radość z koncertu. Nie mówię, że to było najważniejsze - bo nie było. Z resztą powinnam dodać, jak bardzo szanuję fakt, że nie można było robić zdjęć. Wszyscy byli skupieni na muzyce. Owszem, zrobiłam zdjęcie - widać na nim światło i głowy ludzi - pochodzi ono z ostatniej piosenki. Było na instagramie przez 24 godziny po koncercie. Teraz nie widzę powodu, by je tu dodawać i by było tu dopóki go nie usunę. Wiem, że taki brak zdjęć w trakcie koncertu i pilnowanie tego przez ochronę nie jest możliwe na dużych koncertach, ale tu mi się to bardzo podobało. 

 Zdecydowanie mocno polecam koncert Dawida. Jeśli tylko uda się oczywiście wygrać walkę o bilety. Tutaj nawet nie ma się jak zastanowić, czy się chcę bilety, czy nie. Wyprzedają się naprawdę szybko.

  A jeśli ja, nie chodząca kiedyś na koncerty - polecam Wam wybranie się na czyjś koncert - to myślę, że musicie to rozważyć. Ja na pewno kiedyś będę chciała wrócić. Tak jak na Korteza. Gdybym nie była biednym, wiecznym bankrutem - to myślę, że poważnie pokusiłabym się koncert Korteza w Olsztynie. A tak? Tak kupiłam właśnie bilety na pociąg na Katowicko-Wrocławski weekend z siatkówką w tle. 

  Nadal chce tu bywać częściej - ale ostatnio ze wszystkim jestem mocno do tyłu. 

niedziela, 31 marca 2019

Nie umiem być systematyczna

   Miałam być w tym roku bardziej systematyczna. Miałam częściej tu pisać. Miałam, to słowo klucz. Nic nie wychodzi tak, jak powinno. A przecież i styczeń i luty nie były takie złe. Może mogły być lepsze, ale myślę, że było naprawdę dość przyjemnie. Chociaż nie wszystko się układało tak, jakbym chciała. Kilka podejść do napisania wpisu. Miał być przed meczem z Gdynią, później po nim, ostatecznie na wpis załapał się jeszcze mecz siatkarek i piłkarzy z Pogonią. I siatkarek z Radomką. Dwa mecze z Radomką z dwóch różnych miesięcy.

   Ostatnim wydarzeniem, o jakim wspomniałam był koncert Korteza dwa miesiące temu.  Właściwie, w momencie publikacji - już jednak prawie trzy. Nadal z uśmiechem wracam do tamtego dnia. Naprawdę dobrze rozpoczęłam ten rok. Później nie było tak kolorowo. Jeszcze zahaczyłam o mecz Pucharu Polski z Kwidzynem w ramach Pucharu Polski, który Kalisz wygrał po karnych. I kiedy to autobus był za wcześnie, więc miałam godzinny spacer po zimnym Kaliszu. No cóż, zdolna jestem, całe szczęście, że mecz był wcześniej i to nie był ostatni autobus. Byłoby mało zabawne, gdybym dzwoniła do rodziców, że uciekł mi autobus. A tak zwiedziłam wieczorny Kalisz.

  Później jednak sesja weszła za bardzo. To nie był mój semestr. Byłam strasznie leniwa przez cały jego okres, więc nic dziwnego, że gdy inni mieli właściwie dwa tygodnie wolnego - ja walczyłam o przetrwanie. Wszystko skończyło się dobrze, ale co się namęczyłam, to się namęczyłam. W między czasie ominęłam mecz Pucharu Polski z Zabrzem i ligowy z Puławami. 

~~~

Później przyjechała Natalka i razem byłyśmy na meczu z Głogowem piłkarzy ręcznych i siatkarek z Radomką. Miła rozmowa z Eweliną. Potrzebowałam takich trzech dni z przyjaciółką. Chociaż Liga Siatkówki Kobiet i Polsat postanowiły popsuć nam plany i mecz z Radomką odbył się w... poniedziałek. Byłam pewna, że nie będę miała wtedy zajęć, więc stwierdziłam, że może Natalka przyjechać. Chyba nie muszę mówić, że jednak zajęcia były? No cóż, pojawiłam się na nich i wcale nie było najgorzej. Teraz minęło półtora miesiąca zajęć. 

   W końcu podjęłam decyzję co do tematu pracy inżynierskiej. Ale zanim to zrobiłam - wpadłam jeszcze na mecz siatkarek z Piłą, czyli derby Wielkopolski wygrane przez Kalisz. I które sprawiają, że brak walki o przetrwanie jest możliwy. Byłam też na meczu piłkarzy ręcznych z Opolem, na który strasznie nie miałam ochoty jechać w momencie, jak byłam już w pociągu do Kalisza. Co do tematu pracy inżynierskiej - troszkę się boję samego pisania aplikacji na Androida. Cóż, ktoś próbuje być ambitny na samym końcu studiów. Planner rodzinny ogólnie brzmi sympatycznie i może jednak będę się świetnie bawić. A jak nie, to nie zostanę inżynierem, mówi się trudno. W sumie moje całe studia to - a co się będę przejmować pracą inżynierską, może nie dotrwam. I jednak dotrwałam... Nie wiem, czy się cieszyć, okażę się za rok. 

~~~

   Ominął mnie mecz z Kielcami w Pucharze Polski, ale te mecze z Kielcami to jakoś ogólnie mi nie siedzą. W zeszłym sezonie - pierwszy mecz sezonu, a ja byłam wtedy w Krakowie. W tym najpierw mecz po 20, a teraz akurat w ten dzień, gdy kończę późno zajęcia. Ile razy wspominałam, że terminarze mnie nienawidzą? Na 4 mecze Kalisza z Kielcami, byłam na jednym. Zabawne, prawda?

   W styczniu dokonałam jeszcze zakupu biletów. Dzień dziecka w tym roku spędzam w Katowicach na meczach Australia - Brazylia, Polska - USA. A w sierpniu, chyba 24 na meczach Mistrzostw Europy, Słowenia -Belgia, Polska - Portugalia (chyba Portugalia). Ciągle szukam też jakiegoś szalonego człowieka, który chciałby ze mną spędzić 10 sierpnia w Gdańsku na meczach Turnieju Kwalifikacyjnego do Igrzysk Olimpijskich. 

 Odliczam więc dni do Łodzi, do Katowic i koncertu Podsiadło w Jarocinie. To nie jest tak, że się nic nie dzieje. Lubię planować, także śledzę terminarze i próbuje coś wymyślić. Myślę znów od Memoriale Wagnera, ale to chyba byłoby zbyt wiele w sierpniu na mój biedny, studencki budżet. Już nie myślę o tym, stan mojego konta zadbał o to, bym nigdzie nie jechała. W weekend, gdy byłam w piątek na meczu z Piłą, w sobotę na meczu z Opolem, to w niedzielę była opcja, by wpaść do Poznania na mecz z Lecha. Byłam podziębiona, więc nawet te dwa mecze, na których byłam nie brzmiały dobrze, no ale... nie jestem poważnym człowiekiem. No może czasami jestem, bo jednak do tego Poznania nie pojechałam. A pierwszy raz terminarz był taki jak powinien być. 

~~~

   I przyszedł czas na mecz z Arką Gdynią. Miałam takie okropnie mieszane uczucia przed tym meczem. Bo pamiętam moment, gdy ogłoszono że AM zostaje w Superlidze, ale zmienia klub. Czekałam na terminarz, żeby zobaczyć datę meczu z AG.  Marzec wydawał się być tak bardzo odległy, że sprawdziłam, kiedy gramy w Gdyni. Planowałam, że wpadnę tam na jakiś mecz, niekoniecznie nawet z Kaliszem. I ostatecznie jednak pojechałam na mecz z nami, będąc chora - wspominałam  o tym tutaj. To był najbardziej niepoważny wyjazd, ale dziś, z perspektywy czasu wiem, jak okropnie bym żałowała, gdybym wtedy do Gdyni nie pojechała. Po świętach, a przed nowym rokiem - przestałam czekać na ten mecz z AG, bo nie miałam po co. On najpierw kończył karierę, później jednak poszedł do Kataru. Wtedy ten mecz był już dla mnie jak każdy inny.  I właściwie nawet nie miałam ochoty na to iść, ale przemawiało do mnie to, że tego dnia miałam mieć zajęcia, jeden z dwóch dni w tym tygodniu. Kończyłam je o dobrej porze, że wystarczyło wsiąść w autobus i jechać na halę. Do końca sezonu zostało niewiele meczów, więc postanowiłam, że jednak pojadę. I pojechałam. I wygraliśmy. 27:16, choć wydaje mi się, że ta różnica nie była aż tak widoczna. Mecz się odbył, punkty zostały w Kaliszu. 

   Nie zmienia to jednak faktu, że czeka nas gra w rundzie barażowej, czy spadkowej. Lubin, Mielec, Szczecin, Gdynia i Gdańsk. Mam tylko nadzieję, że mecz z tymi ostatnimi nie odbędzie się dnia, gdy będę na koncercie Podsiadło. 



~~~~

   I po meczu z Arką przyszedł czas na mecz siatkarek, ostatni w rundzie zasadniczej Ligi Siatkówki Kobiet. Wystarczyło wygrać jednego seta, by grac o miejsca 7-8. A kaliskie siatkarski zrobiły więcej - wygrały dwa sety i strasznie szkoda, że nie udało się wygrać meczu. A jeszcze w środę wracając z meczu z Gdynią mówiłam, że będzie pewnie szybki mecz dla Łodzi. Cieszę się, że się myliłam. Pomeczowe zdjęcia. Moje zachwalanie cały mecz Ogoms. Cóż, skradła gdzieś moje kibicowskie serduszko, jeszcze bardziej odpowiedzią na instagramie. Mój śmiech przez pół akcji z tego, jak zdobyła punkt Miros. Gonienie autobusu autem z Grzesiem.  Aż smutno było wychodzić z hali z myślą, że na mecz siatkarek w tym sezonie wrócę tam tylko jeden raz.

~~~

 Po półtora tygodnia od meczu z Arką znów pojawiłam się na hali, aby wspierać piłkarzy ręcznych. Mimo, że przesądzone jest już, że zagramy w rundzie spadkowej, to mecze trzeba dograć. Szczecin będzie jednym z naszych bezpośrednich rywali o pozostanie w lidze, tak samo jak Gdynia. Mecz był dziwny. To my goniliśmy Pogoń, mieliśmy szansę na wygraną w końcówce, ale o wyniku przesądziły karne, które wygraliśmy. Po 20 minutach meczu zastanawiałam się, czy moje gardło dotrwa do końca, ale ostatecznie po meczu bolało mnie mniej, niż w trakcie. 

~~~

   W sobotę ostatni mecz siatkarek Kaliskiego zespołu. Nie miałam okazji być na zbyt wielu meczach. Wyjazd w Legionowie, mecz z Rzeszowem, Radomiem, Piłą, Łodzią. Razem pięć meczów, sobotni będzie szóstym. Nie taki był plan na ten sezon, ale zawsze mogło być gorzej. Z piłką ręczną jest lepiej, dziewięć meczów ligowych w Kaliszu, jeden Pucharu Polski i dwa wyjazdowe mecze.  I który to mecz miał się znaleźć w osobnym wpisie, a jest w tym. No cóż, jak widać - naprawdę nie jestem systematyczna.

   Tak naprawdę na ten mecz miałam iść z Grzesiem i Anną. Z Grzesiem się chwilkę widziałam, Anna się pochorowała. A ja poszłam na mecz z kibicem Zaksy, którego poznałam... trzy dni wcześniej. Robię szalone rzeczy, ale wiecie, nie żałuję. Bo naprawdę dobrze się bawiłam i miło było z kimś pogadać o wszystkim i niczym. I pooglądać mecz siedząc w kolejnym, nowym miejscu. Przespacerować się osiedlem wokół hali i nie zgubić się, chociaż mój towarzysz ma do tego szczęście. Siatkówka łączy ludzi, Twitterowe znajomości są super. (Pozdrawiam z tego miejsca K., mam nadzieję, że więcej, niż jedno zdanie go zadowala, chociaż nie jest to jedno wielokrotnie złożone).

  Siatkarki przegrały, ogromnie żałuję, że walka o siódme miejsce nie zakończyła się w Kaliszu, że rywalizacja wraca do Radomia. Obstawiałam 3:1 dla Kalisza, mój towarzysz 3:2, a skończyło się wygraną Radomki po tie-breaku. Po ostatniej piłce po raz pierwszy musiałam od razu wyjść, inaczej nie zdążyłabym na autobus. Nie mogłam przybić co meczowych piątek z siatkarkami MKSu, nie mogłam powiedzieć Alicii, że zagrała świetny mecz, mimo porażki. Smutno znów wychodzić z hali wiedząc, ze na siatkarski mecz wrócę tam dopiero w nowym sezonie, mam nadzieję, że szybciej dotrę na 1 mecz, niż w tym sezonie. 

~~~

  Nie znalazłam szalonego człowieka, który zechciałby ze mną jechać do Gdańska. Podjęłam więc troszkę szaloną decyzję, że kupiłam po prostu jeden bilet dla siebie. I zobaczę Słoweńców. To ten moment, gdy bardziej się cieszę, że idę na mecz Słowenii, niż mecz Polaków. A Francuzi? Słowenia i już!
  To była troszkę spontaniczna decyzja. Byłam w środę po bilety na mecz Zaksy z Onico w Opatówku(o którym postaram się pamiętać tu wspomnieć), nie pojechałam na wykład, czekałam na autobus do domu i pisząc z koleżanką podjęłam decyzję, że jednak kupię ten bilet do Gdańska. Że będę żałować. Co prawda jak zerknęłam na ceny noclegów, to troszkę się przeraziłam, ale może coś ogarnę. Mam jeszcze troszkę czasu.  

Opatówek, Katowice, Gdańsk, Łódź - fajny wyjazdowy ten rok. I chociaż to jest moment, gdy powinnam przestać planować wyjazdy na ten rok - jestem pewna, że jeszcze coś wymyślę. Szkoda, że praca inżynierska się sama nie napiszę, a stan konta cudownie sam się nie powiększy. Byłoby łatwiej.


czwartek, 24 stycznia 2019

8 stycznia, koncert Korteza

  Pochłonęły mnie zaliczenia na studiach, które w sumie średnio idą, więc mimo, ze sam post napisałam kilka dni po samym koncercie, zdjęcia dołączyłam dopiero dziś.

  Przy okazji strasznie opóźnionego wpisu o koncercie Eda, gdzieś małym druczkiem wspomniałam o tym, że kupiłam bilet na koncert Korteza w Poznaniu. Bo po tym, jak super było na Edzie doszłam do wniosku, że nigdy nie chcę iść na koncert, bo
1) szkoda mi pieniędzy na bilet,
2) nie mam z kim iść,
3) kupno biletów czasami to walka na śmierć i życie.

    I nadszedł ten moment, gdy przestałam na to patrzeć na to w ten sposób, jak w dwóch pierwszych punktach. Trzeci chyba zawsze będzie miał zastosowanie. Z listopadowym koncertem nie wyszło, ale wszystko można nadrobić. Bilety chyba były w sprzedaży 1 października, więc punktualnie weszłam na stronę i kupiłam... jeden bilet. Miał być to więc pierwszy koncert, na który idę sama. W Poznaniu, więc nie było tak daleko i liczyłam, że jakoś z niego wrócę. W gorszym wypadku musiałabym z wielkim bólem serca sprzedać bilet(w sumie na dwa tygodnie przed koncertem o tym myślałam, bo jednak troszkę mnie ta wizja samotnego koncertu przerażała, no i.. kupiłam bilety na Podsiadło, więc.. chwilowo byłam bez pieniędzy).

   Rozkład PKP okazał się jednak łaskawy dla mnie. Ostatni pociąg Regio odjeżdżał o godzinę później niż zawsze, czyli przed 22. O 21:30 jechał nowy pociąg Kolei Wielkopolskich, a jeszcze po 23 jechał ostatni pociąg InterCity. Gdzie wcześniej Regio  - chwilkę przed 21, a IC - może 21:30. Ktoś dobrze rozplanował rozkład, więc jeden problem odpadł - miałam jak wrócić. 30 dni wcześniej postanowiłam więc kupić bilet na ostatni pociąg, a później najwyżej go zwrócić.

  Nie wybrałam się jednak tylko na sam koncert. Z Lidką nie widziałam się prawie rok, więc napisałam z pytaniem, czy ma ochotę się spotkać. Trafiłam w jej wolny dzień w grafiku. Spędziłyśmy miło czas, w końcu miałam okazję spróbować pierogów z pieca 'Na Winklu', które także mogę szczerze polecić. Pochodziłyśmy po galerii, Lidka zrobiła małe zakupy i.. przyszedł czas by wyruszyć do Centrum Kultury Zamek. 



  To był jeden z niewielu wyjazdów, gdy nie sprawdziłam jak dojechać w potrzebne mi miejsce i jak z niego dotrzeć na Dworzec. Lidka na szczęście sama powiedziała mi czym dojadę i gdzie mam wysiąść. I tak jakoś udało mi się dotrzeć. Najpierw stanęłam w długiej kolejce do szatni, później do wejścia na salę. I stanęłam w pierwszym lepszym miejscu. W sumie nie było najgorsze, większość czasu Korteza widziałam. 

   I jeśli ktoś kiedyś pomyśli  - samemu? Na koncert? Nie ma mowy. - Zdecydowanie musi jednak iść sam, nie oglądając się na innych. Poszłam sama i wcale nie żałuję, chociaż tydzień przed koncertem miałam myśl, by może sprzedać bilet. Strasznie bym żałowała. Bo... było wspaniale. 



   Wychodzi facet, w bluzie z kapturem, z czapką na głowie, mówi "Dobry wieczór", śpiewa, gra na fortepianie, lub gitarze, przez cały czas nie mówiąc nic, tylko śpiewając. I czaruje. Stałam jak zaczarowana i... ludzie wokół jakby zniknęli. (Pewnie, gdyby nie trzymali telefonów i nie zasłaniali mi momentami sceny, to by dla mnie nie istnieli wcale). Po prostu liczyła się muzyka, słowa i... nic więcej. Czasami sobie śpiewałam  Kortezem, czasem słuchałam i... nim się obejrzałam, Kortez podziękował i zszedł ze sceny. Byłam rozczarowana brakiem 'Wyjdź ze mną na deszcz', ale był jeszcze bis i pojawiła się piosenka, na którą czekałam. I było kolejne 'Dobry wieczór', były podziękowania dla członków zespołu, były podziękowania dla ludzi. Gdzieś tam się spodziewałam, że Kortez może później wyjść na zdjęcia i autografy. I tak było.

   Piękne było to, że ludzie... po prostu umieli się zachować. Bili brawo, może na początku piosenki, gdy poznawali co będzie teraz grane i śpiewane - piszczeli, ale.. przez większość czasu było słychać tylko muzykę i słowa. I bardzo mi się to podobało, że to był taki mały, Kortezowy świat, w którym wcale nie potrzeba było wielu słów do publiczności. Nie było takiej sztuczności. Jak stwierdziła Karo, gdy opowiadałam jej to, co tu piszę - "Tylko mądrzy ludzie doceniają jego fenomen". Ja wyszłam oczarowana i z pewnością chętnie wrócę do tych chwil i nie zawaham się przez moment, gdy będzie okazja, by jeszcze iść na jakiś jego koncert.


Krajobraz po koncercie


  Po koncercie czekałam sobie na Korteza. Troszkę czasu minęło, zerknęłam nerwowo na zegarek, wiedząc, że na 21:30 na pewno nie zdążę, a jeśli chcę jechać o 21:58 to też właściwie muszę już iść, więc zadzwoniłam do rodziców i zapytałam, czy bardzo tata będzie zły, gdyby musiał mnie odebrać o tej północy. Wyjaśniłam sytuację i... zostałam, czekając na Korteza. 


 I Kortez na scenie i Kortez po nim, w rozmowie z fanami jest.... zupełnie inny. Z każdym rozmawiał, żartował, dawał autografy, pozował do zdjęć. Każdego pytał o imię. Byłam tak pozytywnie zaskoczona, że pewnie gdybym mogła, to zbierałabym szczękę z podłogi. O i albo zbijał na pożegnanie żółwika, albo uściskał dłoń. To było takie miłe i... łamało jakąś barierę, która mogłaby powstać. Nie było jej, troszkę tak, jakbyśmy właśnie poznawali dobrego znajomego. Uśmiechnięta opuściłam 'Zamek' wychodząc prosto na deszcz. Na chwilkę włączyłam nawigację, a później już rozpoznając drogę na dworzec - dotarłam sama. 



   Wcale nie musiałam zwracać biletu na ostatni pociąg do domu, bo jednak nim wracałam. Nawet zaoszczędziłam aż 20 gr, bo gdybym wracała Przewozami Regionalnymi, to zapłaciłabym więcej. Jednak lubię tę zniżkę studencką i dodatkowe -30% przy zakupie biletu ponad 21 dni wcześniej, od InterCity.