sobota, 20 stycznia 2018

20 stycznia, ENERGA MKS Kalisz - MKS Zagłębie Lubin


   Przerw w rozgrywkach strasznie nie lubię. Zwłaszcza, gdy okazuje się, że pierwszą kolejkę po przerwie mój klub grał jednak wcześniej, bo mecz został przełożony i gdy wszystkie kluby wracają do gry, mój zaczyna kolejkę później. Ostatni mecz MKS grał 13 grudnia. Owszem, 6 stycznia rozegrali w Zawadzkich mecz 1/16 Pucharu Polski, ale razem z Zuzią byłam wtedy nad morzem, więc na wyjazd nie pojechałyśmy.

  Z zespołem z Zagłębia widziałam się przed sezonem w Kaliszu w trakcie trzydniowego turnieju Szczypiorno Cup. To wtedy właśnie udało mi się zobaczyć grającego Bartka Jaszkę, więc odhaczyłam małe marzenie. Powinnam wtedy też kojarzyć Moryto z zespołu, no ale nie kojarzyłam, zdarza się. Kojarzyłam za to ich bramkarza, Patryka Małeckiego. I to tylko dlatego, że kadrą B grał w moim rodzinnym mieście na otwarciu hali. A w trakcie turnieju polubiłam jeszcze jednego ich piłkarza, Brazylijczyka,  Andersona Mollino da Silvę. 

   Anderson już na boisku wydawał się bardzo pozytywnym człowiekiem. Był też jedynym z Lubina zawodnikiem, z którym zrobiłam sobie wtedy zdjęcie. Odłożyłyśmy zdjęcia z zawodnikami Zagłębia na ostatni dzień turnieju, ale okazało się, że zaraz po nich grał Kalisz, więc nie czekałyśmy na lubinian, aż wyjdą, tylko wróciłyśmy na mecz. Wyjątkiem był wspomniany już Mollino, który wyszedł z hali. Zapewne dlatego, że w swoim meczu nie grał, spędził go siedząc na trybunie z lodem na kolanie. Bardzo chętnie zgodził się na wspólne zdjęcie, a później próbował zagadać, czy jesteśmy z Kalisza i czy gramy w piłkę ręczną. Gdy poinformowałyśmy go, że nie, to temat do rozmów od razu się urwał. Obserwując jego profil na instagramie zauważyłam, że uczy się polskiego, czym jeszcze bardziej u mnie zapunktował. Obcokrajowcy, którzy uczą się polskiego grając w naszych ligach mają specjalne miejsce w moim sercu. Plan był więc następujący - po meczu złapać Andersona i zebrać podpis na zdjęciu.

  Mecz odbył się o obiadowej porze. PGNiG SuperLiga ma już do siebie to, że mecze w soboty i niedziele, transmitowane odbywają się o 13:00. Plusem tego jest to, przynajmniej dla mnie, że nie muszę śpieszyć się po meczu. Minusem? W Kaliszu pojawiam się nie półtorej godziny przed meczem, jak w przypadku tych o 18:30, ale ponad dwie. A tym razem jeszcze okazało się, że na mecz szłam sama, bez Zuzi. Autobus postanowił dziś spóźnić się tylko minutę, a na miejscu byłam ponad 5 minut przed czasem. Zwiedziłam Empik, a później udałam się spacerem na halę. Kolejne zmiany nastąpiły w sektorze - nowy drugi bęben, jak i bębny w ostatnim rzędzie, a nie w pierwszym jak zawsze. Nikt nie chciał siedzieć prawie rząd przed nimi, jednak ja zostałam na swoim stałym już miejscu. Byłam pewna, że przydadzą się stopery, ale okazało się, że wcale nie było tak źle i hałas wcale mi nie przeszkadzał.

  Wynik? 28:24, więc kolejna ekipa wyjechała z Kalisza bez punktów. Zrewanżowaliśmy się za porażkę na terenie Lubinian. Był nawet moment, gdy prowadziliśmy 6 bramkami. Edin zamurował bramkę także. Bramkarze przeciwników, bo jednak się zmieniali, wybronili dwa karne. Na boisku też było gorąco, w pewnym momencie miałam wrażenie, że dojdzie do rękoczynów, po faulu na Moryto. Sędzia chyba momentami nie podejmował dobrych decyzji, a Bartek Jaszka szalał przy linii bocznej boiska i kulejąc komisarz podchodził i go upominał. Nowy zawodnik, Szpera tez pokazał się z dobrej strony. Pokrzyczałam, pomachałam szalikiem i flagą i mam nadzieję, że nie było mnie widać w telewizji. A jeśli było - przepraszam wszystkich, którzy musieli na mnie patrzeć :). Zuzia dotarła na mecz w 40 minucie, więc po meczu nie byłam sama.

  Po meczu standardowo poszłyśmy pod wyjście. Lubinianie kazali po raz kolejny długo na siebie czekać. Telewizja zwijała swoje kable prawie tyle czasu, co wszystkim zawodnikom zajęło wyjście z szatni i dotarcie do autokaru. Czekałam na Andersona, czekałam, czekałam i... w końcu się doczekałam. Plan? Uśmiech na twarzy Brazylijczyka, gdy zobaczył zdjęcie? Oczywiście, że go nie zabrakło. Angielsko-polska rozmowa? I tak, rozgrywający Zagłębia od sierpnia nauczył się czegoś po polsku, o czym już wspomniałam i co sprawdziłam. Nie mogło też zabraknąć kolejnego zdjęcia.

Tak, porównajcie kolor mojej skóry, a Mollino. Wygląda co najmniej śmiesznie.


    W między czasie od ostatniego meczowego wyjazdu,  Jastrzębie przegrało z Onico w Warszawie, więc pomysł wyjazdu do Wrocławia upadł od razu, jak zobaczyłam wynik meczu. Ominęłam też mecz siatkarek z Impelem Wrocław w Pucharze Polski w środę, przez naukę na studia. Dokładnie za 8 dni znów mecz w Kaliszu, tym razem przyjdzie zespół z Piotrkowa Trybunalskiego. I znów będzie transmisja. Mam nadzieję, że to nie ostatnia w sezonie.


niedziela, 7 stycznia 2018

5 stycznia, Ergo Arena, Trefl Gdańsk - PGE Skra Bełchatów



    Gdańsko-sopocka(lub Sopocko-gdańska) Ergo Arena od momentu, jak ją wybudowano była halą, którą chciałam odwiedzić. Wikipedia podpowiada, że otwarto ją w 2010 roku, więc dość sporo czasu trwało, zanim tam dotarłam. Rocznikowo 8 lat. Jednak miałam wtedy 14 lat, a na pierwszy mecz sama pojechałam dopiero w 2014 roku. Zawsze brakowało mi odwagi, by pojechać tam samej. Grzesiu, gdy jeszcze Atom istniał i występował w Orlen Lidze nie dał się wyciągnąć na mecz, chociaż to jego ulubiony klub. Odwiedziny Ergo Areny ciągle były przesuwane w czasie. Chyba blisko pojechania tam było w 2015 roku, (A nie, równie blisko mogło być wcześniej, w czasie ME'13, gdy pomogłam Lidce wygrać bilety na baraże)ale wtedy nie zdecydowałam się jechać, bo tydzień później pojechałam do Jastrzębia na mecz o 3 miejsce między JW, a Skrą. I na kolejny mecz, kilka dni później, ale do Bełchatowa. Prędzej po sobie spodziewałabym się, że w Ergo pojawię się na meczu Jastrzębia, ale jak widać zaskakuje i samą siebie. (Zobaczyłam termin meczu Trefla z JW, skoro już przetarłam szlak w podróżach do Trójmiasta, ale mecz jest w środę. To sobie pojechałam.)

Tak, to najbardziej ostre zdjęcie świata.

  Pomysł, by pojechać akurat na ten mecz przyszedł chyba w okresie sierpnia-września, co najwyżej października. To Zuzia powiedziała, że ma w ten weekend urodziny, więc chce pojechać w prezencie urodzinowym na mecz Skry. Tak się złożyło, że jej ulubiony zespół miał akurat grać z Gdańskiem. Do stycznia jednak było dużo czasu. Czasami po meczach MKS'u o tym rozmawiałyśmy. Sprawdzałam też, kiedy dokładnie wypadnie ten mecz. Sobota byłaby dobra, ale tutaj pojawiła się data 5 stycznia, piątek. Dla mnie nie było to wielkim problemem, na uczelnię miałam wrócić i tak dopiero 8 stycznia. Zdziwienie jednak było, bo mecz ze Skrą w piątek, poważnie? Okazało się jednak, że w ten weekend w Ergo Arenie zaplanowany był turniej piłki nożnej. 


   Później temat umarł. Zuzia nic nie mówiła, termin 5 stycznia był coraz bliżej. Byłam więc przekonana, że jednak nic z naszego planu nie wyjdzie, a zobaczyłam, że 6 stycznia w Warszawie gra Onico z Łuczniczką, którą bardzo lubię, o 14:45. Już planowałam wyjazd do Warszawy, już szukałam w myślach, kogo mogę zapytać, czy nie chce jechać. Powiedziałam o tym Zuzi, a ona: ale my miałyśmy jechać wtedy do Gdańska. I tak oto niedługo po tym byłyśmy posiadaczkami biletów na mecz. Ale co po biletach, gdy nie mamy jak dojechać? W pierwotnym planie było, że pojedziemy samochodem z tatą Zuzi, ale on nie był pewny, czy będzie mógł. Wiedziałam, że pociąg jakiś wraca do Ostrowa po meczu. Więc pozostawało czekać, czy pojedziemy samochodem, czy może będziemy musiały kupić bilety na pociąg.  Nie zmieniało to jednak jednego: piątego stycznia jedziemy do Gdańska i idziemy na mecz!



  Zazwyczaj lubię mieć wszystko zaplanowane. Mieć awaryjne wyjście. Sprawdzić mapę, zobaczyć jak wygląda okolica.  Zaprzyjaźnić się z komunikacją miejską w danym miejscu, poprzez sprawdzanie dojazdów i nazw przystanków. A tutaj wszystko miało być zupełnie inaczej, ponieważ skoro nie wiedziałam jak pojedziemy, gdzie wysiądziemy, to czy był sens szukania czegokolwiek wcześniej? Oczekiwałam więc informacji jak dojedziemy do Gdańska. Bilety kupiłyśmy w czwartek, 28 grudnia i wtedy też ustaliłyśmy, że najpóźniej 3 stycznia, w środę wypadałoby podjąć decyzję czym pojedziemy. Tak też się stało, niecałe 48 godzin przed meczem decyzja została podjęta - jedziemy samochodem z tatą Zuzi. Miał też iść z nami na mecz, chociaż nie miałyśmy dla niego biletu. Plan był, by kupić mu przed meczem. Jednak spiker z Gdańska zrobił konkurs, więc z pomocą google odnalazłam prawidłową odpowiedź, a przynajmniej prawie byłam tego pewna. 



  Dla mnie podróż zaczynała się o 8:44, kiedy to też miałam wsiąść do autobusu, który miał mnie zawieźć do Kalisza. Standardowe opóźnienie, tym razem jednak tylko 3 minuty. W Kaliszu jednak byłam przed czasem, chyba nie zrozumiem moich autobusów. Droga do Gdańska minęła bez problemów i pojawiłam się tam koło godziny 15. Obeszliśmy halę wokół, poszliśmy na krótki spacer. Pierwsza próba odebrania biletów skończyła się fiaskiem, druga prawie też, ale dostałam jakieś bilety, pewnie nie od spikera, ale dobre i takie. Zapewne się minęliśmy, bo przyszłam kilka minut przed nim. 

1) Nie wiem, jakim cudem nie zrobiłam sobie zdjęcia pod Ergo Areną, ani też Ergo Areny
2)Nie wiem, jakim cudem i w Ergo nie mam innego zdjęcia, poza tym z Szalpukiem
3) Nie wiem, czemu nie napisałam do Asi przed meczem, gdy ją widziałam, jak przyszła, a później zapomniałam. Mówi się trudno, jeszcze tam wrócę! 



  Trafiliście kiedyś na mecz drużyn, które nie są waszymi? Mi się to czasami zdarza. To nie tak, że nie lubię Skry. Nie jestem jej kibicem. Może grał tam mój ulubiony siatkarz, który teraz jest także jej drugim trenerem, ale nigdy nie byłam za tym, by stać się szybko kibicem zespołu tylko dlatego, że gra tam mój najlepszy siatkarz. Owszem, obserwowałam zawsze jak idzie Skrze, gdy tam grał, ale nie nazywałam siebie kibicem Skry. Z Treflem jest troszkę tak, że bardzo ich lubię. Andrea Anastasi jest tak cudownym człowiekiem, że zawsze miło się go ogląda szalejącego przy linii bocznej boiska. Nadal nie potrafię wrócić do takiego oglądania kadry Polski, niż jak było z nim jako trenerem. Ostatnia kadra, którą nazywałam moją, była ta prowadzone przez Andreę. 



   Wynik więc mi się średnio podobał. Ale może nie powinnam tego tu pisać, bo Zuzia, która ze mną byłam, jest zupełnie innego zdania? Miejsca okazały się naprawdę dobre, a ja mimo wszystko świetnie się bawiłam. I czułam tą wspaniałą atmosferę, troszkę to zasługa pana, który zajmował miejsce obok. Kibicował, krzyczał, klaskał, wymieniał poglądy ze swoim towarzyszem. Zdecydowanie lepiej spędza się czas na meczu, gdy ludzie obok tak żywiołowo reagują na to, co się dzieję na boisku. 


 Co do samej Ergo Areny - jest przepiękna. Przepiękna na zewnątrz, przepiękna w środku. I ta atmosfera, aż chce się wracać. Przyznam szczerze, nie spodziewałam się tego. Tego, że pojadę i się zakocham. Byłam w Atlas Arenie - nadal jej nie lubię. Nie urzekła mnie też szczególnie hala Stulecia we Wrocławiu - choć tam się dobrze bawiłam. Tauron Arena wcale nie zrobiła takiego wrażenia, jak powinna. Poznańska Arena też wydawała się pozbawiona życia. Torwar w Warszawie z zewnątrz wcale nie wygląda na halę, choć w środku jest przyjemniej.  Nie sądziłam, że Ergo Arenę nazwę w tej chwili moją ulubioną dużą halą. Z mniejszych, nadal specjalne miejsce w sercu ma Jastrzębska hala. I zawsze będzie je miała. Ale z większych hal, to właśnie hala, którą widziałam piątego dnia tego roku, jest na pierwszym miejscu. Odwiedzę inne, to może się okaże, że gdzieś będzie jeszcze lepiej. Póki co - to mój numer jeden. 
 
Tak, to chyba najlepsze zdjęcie tego wyjazdu.



   Sprawdzając przed meczem składy obu drużyn, bo z transferami jestem pogniewana i nie obserwuje wszystkiego, przypomniałam sobie, że przecież w Skrze trenerem jest Winiarski. Ten Winiarski. Mój bohater. Mój najlepszy. Mój Mistrz. Człowiek, który był tym ulubionym siatkarzem przez ostatnie jedenaście lat. Człowiek, z którym od zawsze chciałam mieć zdjęcie. Doszłam jednak do takiego momentu w życiu, gdy stwierdziłam, że nie będę miała tego zdjęcia nigdy. Zawsze gdzieś uciekał, innym razem nie udawało mi się do niego dopchać. Zrezygnowałam, będę szczera. Nie sądziłam, żeby ten piątek miał coś zmienić. Co prawda stojąc przy taśmie mówiłam, że byłoby fajnie, gdybym wróciła z tym zdjęciem, to byłam sceptycznie nastawiona. I teraz, patrząc na dwa, niezbyt udane zdjęcia, zastanawiam się, czy może lepiej byłoby, gdyby ich nie było, bo nie są idealne, a takie chciałam mieć. Z drugiej strony - dobrze mieć jakieś zdjęcie, niż nie mieć żadnego. Kiedyś, pewnie byłabym wściekła, gdyby okazało się, że nie wyszły. Teraz podeszłam do tego ze spokojem. Jeszcze może się jeszcze uda. Może. Może nie? Nie ważne. I nie, tego zdjęcia tu nie będzie.





  Polowanie na autografy dość udane. Zuzia ma całą urodzinową kartkę zapełnioną autografami. Ja wróciłam z kilkoma podpisanymi zdjęciami, które dawniej udało mi się zrobić z siatkarzami. Miło usłyszeć od Nikolaya Pencheva, że zdjęcie jest ładne, a śmieszniej, gdy ktoś obok komentuje to: o matko, zazdro. Śmiesznie pomylić literki w imieniu, gdy woła się siatkarza. 

   Był strasznie sympatyczny Mariusz Wlazły. Byli też uciekinierzy, ale czy to ważne? To był naprawdę dobry wyjazd. I jeśli myśleliście, że widzieliście już naprawdę wszystko, to pomyślcie o tym, że pewna dziewczyna przyszła na mecz Trefla ze Skrą w koszulce Resovi. Mogłabym to może, no może jeszcze zrozumieć, gdyby na plecach miała nazwisko jednego z siatkarzy grających teraz w któreś z drużyn, ale to była zwyczajna replika.

       Nie wracałyśmy po meczu do domu, całą sobotę spędziłam u rodziny Zuzi i odwiedziłam plażę. No cóż, chyba mogłabym godzinami spacerować nad morzem.








  Szalone podróże są ostatnio jednym z elementów mojego życia. Gdybyśmy pojechały jednak pociągiem i wracały zaraz po meczu, zapewne w niedzielę, 7 stycznia znalazłabym się w Łodzi, na meczu ŁKS'u z Chemikiem. Grzesiu zaplanował, że zabierze mnie tam w ramach prezentu urodzinowego od niego, Natalki i Ani. Jednak skoro jechałyśmy samochodem, zostawałyśmy na weekend nad morzem, z jego pomysłu nic nie wyszło. Widzicie, terminarze znów mnie nie lubią. 

   Kiedy kolejny mecz?  20 stycznia gra MKS z Zagłębiem i to właśnie tam się wybieram. Co później? W tej chwili czekam na wynik spotkania Onico z Jastrzębiem. Gdyby JW wygrało, to może, może wybiorę się do Wrocławia na Puchar Polski. W innym przypadku, zostanę wtedy w Kaliszu na meczu piłki ręcznej.