Cześć,
Od razu zaznaczę - w blogowe życie nie umiem. Pewnie to znów będzie jedyny wpis, na długi czas.
Ale gdzieś chciałam opisać mój rok, który właśnie mija. Ostatni dzień w roku sprawia, że każdy przypomina sobie minione wydarzenia roku. A ja chcę wspominać też, bo chyba był jednym z lepszych z mojego prawie dwudziestodwuletniego życia. A przynajmniej z tych lat, które pamiętam, bo tego, jak byłam małym brzdącem nie pamiętam.
W tym roku chyba ciut bardziej otworzyłam się na ludzi. Ciągle myślę, że to na skutek tamtej porażki w maju, w 2016 roku. Bo po niej świat się nie zawalił. Może zaskoczyłam wtedy dużą grupę osób, która zupełnie nie tego się po mnie spodziewała. Ja też, ale porażki są po to, by się na nich uczyć. Ja przestałam porażki traktować jak najgorsze zło świata. W tym roku więcej czasu spędzałam z ludźmi. Dałam wyciągnąć się na pizzę, sama wyciągałam ludzi do kina(no dobra, tutaj pomogły bilety od banku). Po prostu spędzałam miło czas, planując mniej lub bardziej szalone decyzje. Ale chyba bardziej były to szalone decyzje, które coraz bardziej opróżniały mój stan konta. Całe szczęście, właściwie przez cały rok udzielałam korepetycji z matematyki, więc zawsze to kilka groszy więcej. Dzięki temu mogłam też pozwolić sobie na te kilka(naście) wyjazdów więcej.
Zanim jednak przejdziecie dalej, usiądźcie wygodnie, jeśli jesteście przed komputerem lub laptopem, a jeśli trzymacie telefon w ręce, możecie się też gdzieś położyć. Dobra herbata też nie zaszkodzi, chyba, że preferujecie jednak kawę. Przed Wami dłuższy tekst. Jeśli pojawiły się błędy, powtórzenia - przepraszam.
Zanim jednak przejdziecie dalej, usiądźcie wygodnie, jeśli jesteście przed komputerem lub laptopem, a jeśli trzymacie telefon w ręce, możecie się też gdzieś położyć. Dobra herbata też nie zaszkodzi, chyba, że preferujecie jednak kawę. Przed Wami dłuższy tekst. Jeśli pojawiły się błędy, powtórzenia - przepraszam.
A wszystko zaczęło się już w styczniu.
7 stycznia, Jastrzębie-Zdrój, Jastrzębski Węgiel - AZS Częstochowa
Czym byłby więc rok bez podróży na mecz ukochanego zespołu? A że wyszło, że razem z Jastrzębiem zaczynałam rok?
Tak naprawdę podróż na ten mecz zaczęłam już dzień wcześniej. Mecz był o 15:00, a tamtejszy rozkład jazdy nie uwzględniał w soboty rano pociągu do Katowic, więc w dniu poprzedzającym mecz wyruszyłam do Katowic, skąd miałam jechać do Rybnika, gdzie miałam przenocować u Roksany. PKP jednak od razu na starcie postanowiło, że utrudni mi życie.
Miałam 40 minut na przysiadkę i byłam pewna, że to akurat będzie idealny czas, by wszystko się udało. Gdy dotarłam na stację, okazało się, że tyle to ja mam, ale opóźnienia. Sprawdziłam więc jednak kolejny pociąg - super, dwie godziny później. Autobus byłby wcześniej. Na szczęście pociąg nadrobił trochę opóźnienia, więc mimo pośpiechu na dworcu, by sprawdzić skąd jedzie mój pociąg do Rybnika - wszystko się udało.
Mecz, to niestety szybkie trzy zero. Niestety nie dlatego, że Jastrzębie wygrało, ale dlatego, że wcale nie obraziłabym się na cztery sety, skoro już tyle kilometrów pokonałam dla ulubionej drużyny. Ale czego oczekiwałam od zespołu z Częstochowy, który wtedy zajmował miejsce na dnie tabeli, a później spadł z ligi?
Nie obyło się bez powrotu ze zdjęciem, co widać wyżej. Krótka rozmowa z Adamajtisem i to było na tyle. W Rybniku zajrzałyśmy jeszcze do galerii, gdzie było spotkanie z uczestnikami Kosmicznego Meczu(no, przynajmniej tak mi się wydaje, że to się tak nazywało),zajrzałyśmy do Dominiki do pracy i zjadłyśmy pizzę, a już w niedzielę, 8 stycznia z Rybnika jechałam do Katowic, bo jedyny pociąg bezpośredni odjeżdżał po 9 rano. Kto wtedy układał ten rozkład?!?!
No i w końcu kupiłam Jastrzębską koszulkę. Z każdym poprzednim sezonem, który mijał, mówiłam, że w końcu będę musiała kupić.
14 stycznia, Wrocław, ZAKSA Kędzierzyn- Koźle - Jastrzębski Węgiel, PGE Skra Bełchatów - Lotos Trefl Gdańsk
Dokładnie tydzień po meczu w Jastrzębiu miałam zaplanowany dzień z półfinałami Pucharu Polski. Bilety kupiłam pierwszego dnia sprzedaży, chyba dzień przed świętami, w ramach własnego prezentu imieninowo-świątecznego. Gosia zapraszała do Wrocławia, gdzie studiuje, więc stwierdziłam, że czemu by nie, połączymy dwie rzeczy w jedną.
Nie miałam wtedy pojęcia, że tydzień wcześniej jednak pojadę do Jastrzębia. I nie wiedziałam też, jakie zespoły zagrają w tym turnieju. Ściskałam gdzieś tam kciuki za moich pomarańczowych, więc bardzo cieszyłam się, że znów ich zobaczę. (Tym bardziej doceniam tamten weekend, że kolejny raz zobaczyłam JW dopiero we wrześniu).
Przy okazji, że Skra też tam grała, to Natalia zdecydowała się, że przyjedzie. Miejsce obok nas chyba na nią czekało. Także w trakcie jednego z meczów miałam dwie towarzyszki. Czemu jednego? Bo Natalia była za Zaksą, a my za JW, dlatego zostawiłyśmy ją na miejscu, a same emigrowałyśmy do Klubu Kibica Jastrzębia. Wynik był nie w tą stronę, co trzeba, ale i tak świetnie się bawiłam. Wróciłam z najśmieszniejszym zdjęciem tego roku, a widzicie je wyżej. Miało być zdjęciem z siatkarkami Impela Wrocław, ale Jason stwierdził,że to nie może tak być, on też chce. Dziewczyny robiły zdjęcie i się smiały, byłam pewna, że standardowo to mi ktoś dorabia rogi, więc odwróciłam się, ale Jason udawał, że on nic nie zrobił. Sama zaczęłam się wtedy śmiać, gdy zobaczyłam co zrobił. Obiecałam sobie też, że to zdjęcie będzie podpisane. Dużo niżej na pewno Wam opowiem o śmiesznej/głupiej/nie rozsądnej historii, dotyczącej tego, jak udało mi się zebrać autograf Jasona, o ile dotrwacie.(To drugi wyjazd meczowy w roku, a było ich 23, nie wiem, czy ja serio chce to opisać?)
Drugi mecz po prostu obejrzałam. No i liczyłam na Trefla, nie udało się.
Luty był miesiącem przejściowym. Nie udało mi się nigdzie pojechać na mecz. Była sesja na studiach, a ja przeszłam przez nią dość bezboleśnie. Kolejna była gorsza, ale o tym później.
12 marca, Łódź, Budowlani Łódź - Chemik Police
Chociaż do Łodzi wcale nie jest daleko, to połączenia pociągiem są jakie są i ostatni pociąg z Łodzi Kaliskiej jeździ po 18, w okolicach 19, więc jedyne mecze, które wchodzą w grę, bez noclegu, to te o 14:45. A jest ich na lekarstwo. Co sezon jednak jeżdżę na mecze Chemika(i to nie mój ulubiony klub), więc pojechałam i wtedy. Towarzyszem moich wyjazdów na kobiecą siatkówkę zawsze jest Grzesiu. Albo to ja jestem jego towarzyszką, bo z naszej dwójki to on lubi bardziej kobieca siatkówkę? W Łodzi pojawiliśmy się jakieś 2 godziny przed meczem, więc podjechaliśmy do galerii na jakieś jedzenie. Bilety kupiliśmy w tramwaju. Chciałam kupić na powrotną drogę od razu, ale nie, bo "przecież wtedy też będzie biletomat". I był, nieczynny, więc wysiedliśmy i poczekaliśmy na kolejny tramwaj. Co jak co, ale mandatów za takie głupoty wolę uniknąć. Myśleliśmy, że kolejny za 10 minut, ale po sprawdzeniu rozkłady okazało się, że kolejny tramwaj, który przyjedzie za jakieś 5 minut też jedzie pod Atlas Arenę, ale po prostu z innej strony skrzyżowania.
Mecz wygrała Łódź, z czego się śmialiśmy, że potrzeba było naszego przyjazdu na mecz, by Chemik w końcu przegrał.
Frytki na smutnym dworcu Łodzi Kaliskiej i koniec wyjazdu.
Macie chyba więcej opisów około meczowych, niż samego meczu. O ile nadal tu jesteście.
19 marca, Łódź, Lech Poznań - Górnik Łęczna
Ten rok to tak trochę dwa weekendy z meczami pod rząd. Mecze Lecha uwielbiam. Mogę się wtedy wykrzyczeć, pośpiewać i jestem w tłumie, niewidzialna. Lubię spędzać czas w Poznaniu. To był chyba mecz z Lidką. A nawet na pewno, bo spotkałam tamtego dnia w pociągu koleżankę z klasy z technikum. Hasztag na instagramie podpowiada mi, że padł wtedy remis. O tym, że był to rocznicowy mecz, na 95-lecie, to akurat pamiętam!
Nadszedł kwiecień, gdzie znów jakimś cudem nigdzie nie pojechałam. Zobaczycie jednak, że druga połowa roku w zupełności nadrobiła i luty i kwiecień bez meczów.
21 maja, Poznań, Lech Poznań - Lechia Gdańsk
W maju pojechałam na kolejny mecz Lecha, tym razem widziałam się z Gosią. W styczniu odwiedziłam ją we Wrocławiu, a później nie mogłyśmy złapać terminu, by umówić się po raz kolejny. Idealną okazją się mecze Lecha. W końcu obie uwielbiamy ten klub! Znów był remis (dziękuje sobie, że hasztaguje odpowiednio zdjęcia na instagramie). Pogoda jednak była dość ładna, co widać na powyższym zdjęciu. Był to ostatni mecz Lecha, który spędziłam w tym roku na ulubionej trybunie. Zdecydowanie muszę znów tam wrócić w 2018 roku!
17 czerwca, Łódź, USA - Rosja, Polska -Iran
W 2016 roku wydałam 140 zł na bilet na Ligę Światową w Łodzi. Teraz mówiłam, że maksymalnie mogę wydać 80-90 zł na bilet. A wydałam tylko 70 zł i to właściwie w tym samym miejscu. PZPS'ie, czemu aż tak chcesz zarabiać na kibicach?
Mecze o 20:30 mają do siebie to, że trzeba szukać noclegu. Znów padło na Boutique Hostel na Stefanowskiego, tak samo, jak za pierwszym razem. Dwa przystanki od Atlas Areny(z czego jeden tramwajem, później trzeba się przesiąść, lub też po prostu przejść, wcale nie jest daleko). Za pierwszym razem było spokojniej, bo teraz nocowała też jakaś wycieczka. No i tak jest jest w opiniach, w nocy jednak słychać trzaskające drzwi, a tym razem trafiłyśmy na miejsca przy łazienkach. Miałam jednak twardy sen i w sumie wcale mi to nie przeszkadzało, w przeciwieństwie do Ani, mojej towarzyszki.
W Łodzi byłyśmy chyba koło 10 rano, a doba hostelowa zaczyna się o 14. Pojechałyśmy do kina, później spędziłyśmy czas na zakupach, a jak już zdecydowałyśmy się, że idziemy do hostelu, to po drodze spotkałyśmy Piotra Gruszkę. Ale nic dziwnego, hotel siatkarzy był całkiem niedaleko. Przed meczem poszłyśmy jeszcze kupić bilety powrotne na pociąg. Mecze znów minęły zbyt szybko. Wymieniałam uśmiechy z Irańczykami, na których trąbki wszyscy narzekają, a prawda jest taka, że Polaków było więcej i to ich użytkowanie tych rzeczy było denerwujące. Irańczycy chociaż trzymają jakąś melodię, a Polacy? Trąbią ile się da, zupełnie nie widząc w tym celu. Irańczyk skorzystał z mojego uśmiechu i zapytał, czy zrobię mu zdjęcie. Później się przesiedli, wrócił ich kolega i nie wiedział, gdzie reszta. Próbowałam mu po angielsku mówić, jego kolega, który szedł po niego się śmiał, bo widział, że próbuję mu pomóc. Tak, nie narzekam na Irańczyków.
Wracając dowiedziałam się, że zaliczyłam zerówkę z Algorytmów i Struktur Danych. Na którą nic nie umiałam i poszłam dowiedzieć się, czego się uczyć na poprawkę. Ma się czasami to szczęście.
29 czerwca, Poznań, Lech Poznań - FK Pelister
1 lipca miałam egzamin z matematyki dyskretnej. Miałam nie jechać, miałam się uczyć. Mecz był też o złej dla mnie porze. Ale skoro Lidka proponuje nocleg i swoje towarzystwo, to jak miałam nie skorzystać? Przecież we wrześniu też mogę zaliczyć egzamin, prawda?
Tutaj chociaż piłkarze postrzelali bramki, mogłyśmy się cieszyć. Zmokłyśmy w drodze na stadion, ale nawet wtedy byłyśmy szczęśliwe.
Lubię widok z narożnika, ale chyba lepiej śpiewa się przyśpiewki w Kotle. A nawet na pewno. Jednak czasami trzeba się poświęcić, prawda?
14 lipca, Środa Wielkopolska, Polonia Środa Wielkopolska - ROW 1964 Rybnik
Nie umiem dotrzeć na mecze piłki nożnej w moim mieście, ale inne miasta zdecydowanie lubię zwiedzać. Zwłaszcza, gdy mogę spotkać się ludźmi, którzy sprawiają, że te wyjazdy są naprawdę dobre. Roksana przyjechała za ROW'em, a ja postanowiłam, że skoro mam trochę wolnego, to też mogę wpaść, obejrzeć jej chłopaków i dobrze się bawić. I jaką miałam perspektywę do oglądania!
Ale zanim był mecz, to znalazłyśmy stadion, by później poszukiwać miejsca do przeczekania. Padło na Sroka Cafe, którą serdecznie polecam! Moja mama nie mogła uwierzyć, gdy powiedziałam jej, że jadłam makaron ze szpinakiem, kurczakiem i suszonymi pomidorami i mi smakowało. (Ostatnio prawie co środę robię taki w domu, bo mama nie chce słyszeć o innym makaronie.). ROW wygrał w końcówce, co w sumie nas ucieszyło, bo obyło się bez dogrywki.
Na pociąg bym nie zdarzyła, więc miałam się nie śpieszyć, bo i tak musiałabym czekać na dworcu. Okazało się, że wcześniejszy ma opóźnienie, więc przy odrobinie szczęścia i mojego szybkiego tempa się uda być wcześniej w domu. I się udało! Pierwszy raz dziękowałam PKP za opóźnienie. Czekałam nie więcej, jak 3 minuty, gdy pociąg podjechał. A przyszłam i tak dobre 8 po tym, jak powinien odjechać.
4-6 sierpnia, Kalisz, Szczypiorno Cup
Dotychczas w moim życiu piłki ręcznej było mało. Byłam na jednym dniu turnieju w 2016 roku, na 2 dniach w 2015 roku. W tym nie planowałam być na wszystkich meczach, bo chyba bym zbankrutowała(tak właściwie, to ciągle jestem bankrutem, bo zamiast odłożyć, jadę na kolejny mecz). W poprzednim, 2016 roku poznałam Zuzię. Jakże by inaczej, na meczu, ale tym razem piłki ręcznej. Czasami pisałyśmy, trochę więcej, gdy odezwała się chyba o pomoc z wyborem miejsc na mecz w Bełchatowie i wtedy zgadałyśmy się, że przynajmniej jeden dzień spędzimy w Kaliszu. Później okazało się, że MKS wygrał 1 ligę, dostał się do PGNiG Superligi, więc gdzieś tam zakiełkował pomysł, by dołączyć do Klubu Kibica. I trochę dzięki temu udało mi się być na wszystkich trzech dniach turnieju.
A trzy dni Szczypiorno Cup to tak naprawdę 12 meczów piłki ręcznej, po 4 każdego dnia. Właściwie cały mecz na hali. Rozmowy, śmiechy, kilka więcej zdjęć z piłkarzami ręcznymi. To był chyba pierwszy moment, gdy pomyślałam, że to naprawdę może być fajne. Nauka przyśpiewek, poznawanie ludzi, którzy jednak znają się już od dłuższego czasu. Była nawet chwila zwątpienia, czy nie lepiej jednak siedzieć gdzieś indziej, bo byłyśmy jednak przerażone tym wszystkim. Jednak nie zrobiłyśmy tego, co okazało się naprawdę dobrym pomysłem.
Wafle ryżowe, brzoskwinie i woda. Zakupy w biedronce, spacery na mój autobus. Z piłką ręczną naprawdę później się polubiłam.
26 sierpnia, Kraków, Słowenia - Rosja, Bułgaria - Hiszpania
Kto mnie zna, wie, że uwielbiam reprezentację Słowenii w siatkówce. Kiedy wiedziałam, że będą ME w Polsce, obiecałam sobie, że gdziekolwiek by nie grali, ja pojadę. Nie wiem, czy Katowice byłby lepsze, albo Szczecin. Jedyne, o co prosiłam, to żeby nie byli w grupie z Polską, bo wtedy trudniej byłoby kupić bilety. Trafił się Kraków, okej, jakoś to ogarnę. Początkowo było ciężko znaleźć kogoś, kto zechciałby 7 miesięcy wcześniej kupić bilety na mecz. Bo to przecież tyle czasu, może się tyle pozmieniać. Ania jednak się zdecydowała. I tak właściwie już w styczniu planowałam weekend w Krakowie. Krótko później zdecydowałam się, że na półfinały też pojadę, tyle, że z Natalią.
Nie miałam pojęcia, czy będę miała pociąg do Krakowa, więc już wcześniej rozglądałam się za przesiadkami. Wytypowałam Wrocław, bo Polski Bus stamtąd właściwie co godzinę jeździł do Krakowa. Bilety chyba kupowałyśmy w kwietniu. 18 zł w dwie strony? Brzmiało fajnie. Tylko słabo trafiłyśmy z godziną powrotu, 2 godziny na przesiadkę we Wrocławiu. Biletów nikt nie chciał od nas odkupić, więc oddałyśmy i wracałyśmy pociągiem.
O 7 wyjechać z domu, o 8 z Kalisza do Wrocławia, gdzie byłyśmy o 10. Godzinę później wyruszałyśmy do Krakowa, gdzie byłyśmy po 14, a o 17:30 mecz. Spałyśmy w akademiku na Grochowej, chociaż wcześniej był plan na coś innego, ale opinie o tym, że ciężko coś znaleźć, trochę nas zniechęciły. W sumie to był chyba nawet Dom Studenckim a nie Akademik, na jedną noc idealny, kiedy jedyne, czego potrzeba to tylko miejsca do spania. Dwa prysznice damskie na całe piętro, o trochę słabe. Ale jak ktoś nie jest wymagający, to polecam.
Słowenia dostała w dupę(a raczej przegrywała sety w końcówkach) 3:0 od Rosjan, ale patrząc na późniejsze wyniki, to Rosja była po prostu najlepsza. Hiszpania trochę stawiała się Bułgarom, ale to jednak Penchev z kolegami i bratem byli górą.
Zdjęcia z siatkarzami też były. I dziewczyny obok myślały, że Alen Pajenk to mój znajomy, bo zawołałam, pomachałam i przyszedł. Poprawiło mi to humor na cały wieczór. I Rozalin w galerii, jak czekałyśmy na pociąg.
Zanim jednak dotarłyśmy na dworzec, pojechałyśmy na rynek. Próbowałyśmy się zgubić, bo żadna z nas nie miała pojęcia, gdzie w danym momencie jesteśmy, gdy krążyłyśmy uliczkami wokół rynku. W końcu stwierdziłyśmy, że zobaczymy, czy Wawel stoi. Tam też zobaczyłyśmy autokar Bułgarów, śmiejąc się, że mogli przyjechać wcześniej. Ale w galerii przy dworcu czekała niespodzianka w postaci trzech ich zawodników, którzy spędzali wolny czas. Dobre i to.
Zanim jednak dotarłyśmy na dworzec, pojechałyśmy na rynek. Próbowałyśmy się zgubić, bo żadna z nas nie miała pojęcia, gdzie w danym momencie jesteśmy, gdy krążyłyśmy uliczkami wokół rynku. W końcu stwierdziłyśmy, że zobaczymy, czy Wawel stoi. Tam też zobaczyłyśmy autokar Bułgarów, śmiejąc się, że mogli przyjechać wcześniej. Ale w galerii przy dworcu czekała niespodzianka w postaci trzech ich zawodników, którzy spędzali wolny czas. Dobre i to.
I ciągle nie rozumiem, jakim cudem Słoweńcy nie mogą grać wyżej. Awansowali. Pokonali Niemców rok temu, teraz Australię. Oba kraje mogą, tylko nie oni. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem....
2 września, Kraków, Niemcy - Serbia, Rosja - Belgia, półfinały ME
Zagraliby Polacy? Wygrałybyśmy życie biletami za 70 zł. Nie zagrali? Nic nie straciłyśmy. A końcem końców okazało się nawet, że bilety na mecze kosztowały nas po 20 zł. Ale po kolei.
Tym razem do Krakowa i na powrót do Wrocławia miałyśmy Polskiego Busa, co prawda drożej, niż tydzień wcześniej, ale i tak tragedii nie było. Mi udało się jakoś zgrać pociągi, więc wszystko miało być idealnie. A dwa dni wcześniej okazało się, że będzie jeszcze lepiej!
Kiedyś się wpisałam do tego Klubu Kibica Reprezentacji Polski(czy jak to się nazywa), więc na e-mail przyszło mi, że mogę brać udział w Euro Volley Managerze. No to próbowałam. Nie wiem, która byłam w ostatecznym rozrachunku. Widziałam, jakie są nagrody za wygranie danej kolejki, ale nie sądziłam, że mi się uda. Na baraże można było bez ujemnych punktów zmienić całe zespoły, to poszalałam. I trafiłam. Okazało się, że mój zespół był najlepszy, więc nagrodą były bilety na półfinały i maskotka Mistrzostw. Na początku zupełnie nie miałam pojęcia, co się wydarzyło, skąd jakieś bilety na mojej poczcie. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że wygrałam. Jakie szczęście, że miałam tam podany adres e-mail, na który wchodzę. Ale bym się wkurzyła, gdybym wygrała bilety, a zobaczyła je po czasie. Bo baraże były w środę, wiadomość dostałam w czwartek, a w sobotę już jechałam do Krakowa. Szybkie ogłoszenie o sprzedaży biletów. Udało się z pierwszą osobą dogadać transakcję, nawet sam zaoferował, że przyjedzie po nie na dworzec. Sukcesem było dla mnie dogadanie się z z obcokrajowcem. Chciałyśmy odzyskać choć trochę pieniędzy, dlatego zamiast 70 zł, wystawiłyśmy zdjęcie z ceną 50 zł od biletu.
Przygody zaczęły się we Wrocławiu. Nasz Polski Bus był opóźniony, a później podjechał z zupełnie inną numeracją siedzeń. Na to nie narzekałyśmy, bo trafiły nam się przy przedniej szybie. Normalnie dodatkowo płatne. Przepraszam jednak kogoś, kto kupił tam miejsce. To nie była nasza wina! Później miałyśmy mały problem ze znalezieniem się z naszym obcokrajowcem, nawet myślałyśmy, że może zrezygnował. Ale w końcu się udało. A gdy dotarłyśmy już na przystanek tramwajowy okazało się, że tego dnia akurat wszedł do życia nowy rozkład jazdy i mamy jeden tramwaj do noclegu. Trudno, damy radę. Spałyśmy tam, gdzie tydzień wcześniej. Mnie nie odstraszyli. I okazało się, że zamiast 3 tramwajów na halę, mamy jeden. I autobus. My nie damy rady? Najwyżej zamówimy taksówkę.
Cały dzień w pośpiechu. Nie udało się na rynek, trudno. Po drugim secie pierwszego półfinału powiedziałam, że Grozer do wymiany i byłam przekonana, że Serbowie wygrają gładko trzy do zera. Nie miałam racji. Lukas Kampa, mój jastrzębski rozgrywający, trochę wygrał zagrywką seta. W życiu bym nie powiedziała, że mecz skończy się tie-breakiem, a wygrają go Niemcy. I że panowie są gorsi, niż fanki. Powyższe zdjęcie z Grozerem, to jakiś cud. Panowie mnie zdeptali, przepychali, ja na nich krzyczałam, a biedny atakujący spojrzał na mnie, nie wiem, czy rozumiejąc, co mówię, czy nie, ale po chwili podszedł do mnie, udało zrobić się zdjęcie i uciekłam z tego tłumu. Całe szczęście!
Rosjanie znów wygrali. Żadna nowość, prawda? I śmiesznie, bo mecz Rosjan oglądałam częściej, niż reprezentacji Polski.
I zapomniałabym wspomnieć, że w końcu udało mi się znów zobaczyć z drugą Anią, którą poprzednio widziałam w Jarocinie w 2016 roku.
A i zapomniałabym, mimo wszystko szanuję krakowskie tramwaje. Na pierwszym wyjeździe wystarczyło, że dotarłyśmy na przystanek to jechał tramwaj, zwłaszcza, gdy wysiadałyśmy z jednego i miałyśmy przesiadkę na drugi. W drugi weekend tramwaje były spóźnione zawsze wtedy, gdy my też wyszłyśmy za późno.
I zapomniałabym wspomnieć, że w końcu udało mi się znów zobaczyć z drugą Anią, którą poprzednio widziałam w Jarocinie w 2016 roku.
A i zapomniałabym, mimo wszystko szanuję krakowskie tramwaje. Na pierwszym wyjeździe wystarczyło, że dotarłyśmy na przystanek to jechał tramwaj, zwłaszcza, gdy wysiadałyśmy z jednego i miałyśmy przesiadkę na drugi. W drugi weekend tramwaje były spóźnione zawsze wtedy, gdy my też wyszłyśmy za późno.
Tego dnia mogłam też zostać w Kaliszu na meczu z VIVE Kielce. Początkowo mówiono o tym, że mecz będzie w niedzielę o 13, już myślałam, że najwyżej wstanę o 6 rano i o 7 wsiądę w pociąg. Nie było takiej potrzeby, mecz był tego samego dnia, co trochę łamało mi serce, ale nie zamierzałam rezygnować.
15 września, Poznań, Lech Poznań - Korona Kielce
Terminarze mnie w tym roku nie rozpieszczały. Mecze, na które miałam zamiar jechać, albo były o złych porach, albo tego dnia grał też ktoś inny z moich zespołów i musiałam wybierać. Nie dość, że mecz z Koroną był piątek o 20:30, to dodatkowo tego dnia miałam egzamin poprawkowy z fizyki. Nie chciałam więc nic obiecywać Lidce, bo nie wiedziałam o której wrócę do domu i czy zdążę dojechać do Poznania. Zdążyłam. Byłam.
I bardzo się cieszę. Korona to klub, który lubię bardziej, niż powinnam. Który ma najlepszą klubową telewizję. Którego kulisy lubię oglądać. I miejsce, gdzie gra Jacek Kiełb. Te 6 lat temu obiecałam sobie, że pojadę na jego mecz. Udało się. Poprzednio, gdy byłam na meczu Korony, jego nawet nie było w osiemnastce meczowej. I chyba byłam jedyną osobą, która nie cieszyła się obronionym karnym Matusa, nie licząc kibiców przyjezdnych z Kielc, tylko wypuściłam słowo z ust, którego nie wypada tu przytoczyć. Jacku Kiełbie, jak mogłeś wtedy tego nie trafić? Wygraliśmy wtedy bodajże 1:0, ale zdecydowanie bardziej podobałby mi się wynik 1:1.
17 września, Kalisz, MKS Kalisz - Stal Mielec
30 września, Kalisz, MKS Kalisz - Meble Wójcik Elbląg
14 października, Kalisz, MKS Kalisz - Spójnia Gdynia
Nadszedł w końcu czas piłkę ręczną. Tym razem nie będę rozpisywać się aż tak bardzo. Trzy mecze na jeden opis. Wszystkie trzy wygrane. Nasza Twierdza Kalisz. Nauka przyśpiewek. Nauka nazwisk piłkarzy ręcznych. Spacery spod hali na przystanek autobusowy. Nie umiałabym bezczynnie siedzieć na meczu. Kibicowanie na piłce ręcznej na pewno różni się od tego na siatkówce. Tutaj krzyczysz, śpiewasz, klaszczesz właściwie cały mecz. Chwilę dla siebie ma się tylko wtedy, gdy jest przerwa. W siatkówce właśnie w przerwy między punktami krzyczysz, śpiewasz i klaszczesz. W porównaniu do piłki nożnej - jest na pewno spokojniej, chyba, że sędzia zrobi coś, czego nie powinien.
23 września, Murowana Goślina, Jastrzębski Węgiel - GKS Katowice, Recycling Berlin - Onico Warszawa
Zdarzyło Wam się kiedyś pojechać na mecz z zapaleniem oskrzeli? Bo mi tak. Rozłożyło mnie dzień wcześniej, gdy spacerowałam po Kaliszu w oczekiwaniu na Natalię, razem z K. A może rozłożyło do końca. Znów, tak jak na końcu lipca, po wejściu na 2 piętro czułam się jak po przejściu maratonu. Ale miałam nie jechać na mecz Jastrzębia, którego nie widziałam od stycznia? No chyba nie! Więc po męczarni w nocy, wypiciu czegoś wykrztuśnego od poprzedniej choroby wsiadłyśmy w pociąg do Poznania a stamtąd do celu naszej podroży. Hala była na pagórku, więc też wchodząc po schodach musiałam chwilę odpocząć.
To był mój właściwie trzeci Memoriał Arkadiusza Gołasia w Murowanej Goślinie. Tam nigdy nie jest źle, więc gdyby ktoś miał okazję, po raz kolejny już coś polecam.
Wołałam siatkarzy, machałam i sami podchodzili. Tym razem nie pozwoliłam Lukasowi Kampie uciec. Muzaj podszedł z Kosokiem, chociaż wołałam tylko tego drugiego. Do zdjęcia ściągnęłam Dardanowi Lushtaku czapkę, którą sama miałam na głowie. (Przepraszam Dardan, ale musiałam uwiecznić te twoje blond włosy!). Salvador z cierpliwością podpisał mi bodajże 3 zdjęcia, dwa klaskacze i na jednym dopisał KISS(czemu marker musiał się rozmazać, to było takie piękne!). Jest kilka zdjęć z siatkarzami z tego wyjazdu, które szczególnie lubię.
28 października, Jelcz-Laskowice, Impel Wrocław - Legionovia Legionowo
Kiedy planujecie wyjazd na mecz Impela Wrocław sprawdźcie, czy czasami nie grają w Jelczu-Laskowicach. My na szczęście zorientowaliśmy się przed kupnem biletów, więc wszystko się dobrze rozplanowało. Byłam towarzyszką Grzesia, a przy okazji Natalii. Dobrze spędzać z nimi czas. Tylko nie rozumiem, kto układał rozkład jazdy i czemu między 20 a 23 nic nie jedzie do Ostrowa Wielkopolskiego, przez co mieliśmy dużo czasu po meczu we Wrocławiu.
Hali nie lubię. Nie wiem, czy wrócę, bo musiałam prosić panie w informacji, żeby przetrzymały mi jedzenie. Ale chyba coraz więcej miejsc nie pozwala ze sobą nic wnosić.
Przez dwa pierwsze sety miałam ochotę iść do obojętnie którego Klubu Kibica. Za bardzo przyzwyczaiłam się, że stoję, śpiewam i krzyczę, więc czułam się dziwnie, siedząc obok moich towarzyszy.
8 listopada, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - Wisła Płock
Na mecz z VIVE Kielce nie udało się jechać. Drżałam więc od września, czy aby nie wpadnie nikt na pomysł robienia meczu o 20:30 i transmisji. Nic takiego nie miało miejsca. A przecież to była środa, więc nikt nie odebrałby mnie z Kalisza. Przeważnie po meczu nie mamy zbyt wiele czasu z Zuzią, by poczekać na zdjęcia. Tym razem o tej godzinie, co wychodziłyśmy zazwyczaj z hali, to teraz odchodziłyśmy spod niej.
Tego dnia ogłoszono też nowego sponsora MKS'u. I MKS pierwsze 15 minut pierwszej połowy grał naprawdę fajną piłkę. Później Wisła odjechała, a szkoda. Chociaż nie oszukujmy się, wszyscy wiedzą, kto w tym meczu miał większe szanse.
12 listopada, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - Solna Wieliczka
zdjęcia brak :(
Mając na uwadze to, że piłkarzom ręcznym szykowała się dłuższa seria meczów na wyjeździe, postanowiłam w końcu skorzystać z tego, że w karnecie na piłkę ręczną mam też i siatkarki. I pojechałam. Grają całkiem ładną siatkówkę, więc nikogo nie dziwi, że wtedy, jak i nadal są liderkami pierwszej ligi. Mocno wierzę w to, że tak będzie. To czas, by wielka siatkówka wróciła do Kalisza. Towarzystwo, jak wszystkie w tym roku kaliskie przygody - Zuzia.
26 listopada, Warszawa, ONICO Warszawa - Jastrzębski Węgiel
Kiedy wszyscy znajomi mówią, że nie chcą jechać do Warszawy, bo:
1) To Warszawa
2) To nie mecz Skry
3) To nie mecz siatkarek
Więc upieram się, że ja i tak tam pojadę. Udało się, towarzystwo znalezione. Podziękowania dla Ani! Że marzła ze mną w Warszawie. Że zniosła moje towarzystwo i zechciała ze mną po meczu iść na parking, bo ja obiecałam sobie, że nie wrócę bez podpisanego przez Jasona zdjęcia.
Zaczęło się od tego, że przy kupnie biletów nie szło się dobrze zorientować, czy klub kibica Onico jest w R czy Q. Dwie grafiki mówiły co innego, fejs KK mówił, że to Q. Gdyby to się komuś w tym sezonie miało przydać - są w R! Nie dotrwałyśmy na naszych pierwotnych miejscach do początku meczu. Wysiadłyśmy przystanek, czy dwa za późno.
Pozytyw - miłe panie z Koła Sympatyków Jastrzębia, które zawołały nas bliżej, gdy zajęłyśmy miejsca w ich sektorze na końcu. Ogólnie to był jedyny pozytyw. Przegrać drugiego seta 3 razy - tracąc przewagę, przegrywając, ale wszystko zmienił challange i w końcu i ostateczna porażka. To był chyba najgorszy mecz JW w tym sezonie i nadal jestem na nich za to wściekła.
Po meczu też Jason uciekł, a ja nie miałam ochoty drzeć się przez pół hali. Pójdę pod autokar... Szkoda, że nie wzięłam pod uwagę tego, że wyjdzie z kapturem na głowie. Zorientowałam się, że to on, jak wchodził do autobusu. Ale ciągle łudziłam się, że to nie mógł być on. W końcu zrezygnowana podjęłam desperacką próbę dowiedzenia się, czy to był Jason. Zapytałam trenera, czy De Rocoo już szedł, ale nie wiedział i poszedł sprawdzić. I to był moment, gdy myślałam - no super, pewnie to nie był on. Chwilę to trwało, trener wyszedł i powiedział, że już w autokarze jest, nie zdążyłam poprosić, a on już oznajmił, że Jason zaraz do mnie przyjdzie. Boże, jaki mi głupio było, bo wszyscy byli w autobusie. No ale się udało, podpisał co chciałam, dostał mniejsze zdjęcie z Wrocławia. Tylko teraz strach znów jechać na mecz chłopaków.
Tego dnia MKS grał na wyjeździe w Szczecinie i może gdybym się zdecydowała, to ktoś miałby dla mnie miejsce w aucie. I Lech w Poznaniu też grał, także wybór meczów był, a ja postawiłam na Warszawę. Jak wspominałam, terminarze w tym roku zdecydowanie mnie nie lubiły.
2 grudnia, Głogów, Chrobry Głogów - ENERGA MKS Kalisz
Przyszedł też czas na pierwszy wyjazdowy mecz piłki ręcznej. Tak zazdrościłam ludziom, że pojechali na mecz do Gdańska, że obiecałam sobie, że kolejny wyjazd autokarem jest mój. I pojechałam. Bez Zuzi, ale przyzwyczaiłam się już do reszty ludzi. Co prawda w planach nie było tego, że skończę jednak coś pijąc, ale wyszło, jak wyszło. Wynik w złą stronę.
Nie lubię, gdy rodzice muszą mnie odbierać gdzieś dalej z wyjazdów. Do Głogowa jechaliśmy przez Ostrów i Krotoszyn, ale okazało się, że wracając pojechaliśmy inną trasą, więc kierowca zgodził się wysadzić mnie w mojej rodzinnej miejscowości.
9 grudnia, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - KPR Legionowo
To miał być mój ostatni mecz piłki ręcznej w tym roku. Kolejny był w środę, ale nie planowałam się wybrać, bo 14 i 15 grudnia miałam kolokwia. Jechałam więc nacieszyć się meczem, ostatnim przed 20 stycznia, jak i spróbować złapać mojego ulubionego piłkarza ręcznego grającego w Kaliszu i coś mu dać. W sumie liczyłam się z tym, że skoro na poprzednich meczach nie odważyłam się podejść, to pewnie teraz też się może nie udać. Udało się, co widać wyżej. Gdyby wszyscy ludzie cieszyli się tak, jak on. Zrobił mi humor na cały kolejny tydzień. Myślałam, że nie przestanie mi dziękować. Miło wywoływać takie uśmiechy na twarzach innych ludzi.
Zmieniliśmy wtedy też sektor, mimo sprzecznych głosów. W poprzednim mało miejsca, ale tutaj problemem okazało się to, że nie było już nas tak słychać.
13 grudnia, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - MMTS Kwidzyn
Miałoby mnie zabraknąć na ostatnim meczu? Po sobotnim meczu stwierdziłam, że nawet nie ma takiej opcji. We wtorek napisałam do dziewczyny, do której chodzę w środy, że nie dam rady przyjść. Poszłam tylko do tej młodszej. Co prawda na hali byłam 10 minut przed meczem, to jednak zawsze lepiej być, niż nie być. Szkoda wyniku na koniec roku. Ale porażki są częścią sportu.
Wróciliśmy do poprzedniego sektora. 20 stycznia znów na mecz. (6 jest Puchar Polski, szkoda, że na wyjeździe, a ja poprzedniego dnia będę w Gdańsku).
17 grudnia był plan, by pojechać na ostatni mecz Lecha w tym sezonie, ale... dzień wcześniej się pochorowałam, więc wyszło tyle, że nic nie wyszło, z gorączką zostałam w domu.
To są tylko wyjazdy z meczami. Tak naprawdę byłam jeszcze w Poznaniu spotkać się z kolegą z klasy z technikum. Byłam łącznie 5 razy w kinie. Byłam 2 razy na pizzy z K. Kilka razy w Kaliszu na spotkaniu Klubu Kibica.
Kupiłam też sporo książek, bilet na koncert Eda. Wydałam zbyt dużo pieniędzy.
I może pieniądze szczęścia nie dają, ale za nie możesz kupić bilet na mecz, na pociąg i autobus, a dzięki temu buduje się wspaniałe wspomnienia.
Spędzałam też dużo czasu z moim psem. Po stracie poprzedniego doceniam bardziej każdą chwilę z moim czworonożnym przyjacielem. Każdy z wyjazdów właściwie zawierał jedną wiadomość do rodziców - jak tam Happy. Niby jeden głupi dzień, gdy mnie nie ma, góra dwa, a i ja tęsknię i on. Nikomu nie życzę, by po 4,5 roku stracił najlepszego przyjaciela, nawet jeśli to dla niektórych tylko pies. Happy jest biegającą kulką szczęścia, nikt nie wita tak, jak on. I choć nadal są dni, gdy tęsknię za poprzednim psem, to staram się myśleć tylko o tym, który teraz biega po domu.
W końcu też pojechaliśmy z rodzicami na wspólne wakacje. Happy oczywiście był z nami. Rzucić wszystko i jechać w Bieszczady - to trochę o nas, jeden telefon od brata i zdecydowaliśmy, że tydzień później wyjeżdżamy na wakacje. Z przygód? Ostatniego dnia po polu goniłam Hepsia, który udał się w pościg na kotem. Świeżo wyprane różowe trampki nabrały brązowego koloru, ale całe szczęście Hepsia udało się złapać.
Roku 2018, bądź choć w części tak dobry jak ten, który minął. A wszystko będzie wspaniałe!
Hali nie lubię. Nie wiem, czy wrócę, bo musiałam prosić panie w informacji, żeby przetrzymały mi jedzenie. Ale chyba coraz więcej miejsc nie pozwala ze sobą nic wnosić.
Przez dwa pierwsze sety miałam ochotę iść do obojętnie którego Klubu Kibica. Za bardzo przyzwyczaiłam się, że stoję, śpiewam i krzyczę, więc czułam się dziwnie, siedząc obok moich towarzyszy.
8 listopada, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - Wisła Płock
Na mecz z VIVE Kielce nie udało się jechać. Drżałam więc od września, czy aby nie wpadnie nikt na pomysł robienia meczu o 20:30 i transmisji. Nic takiego nie miało miejsca. A przecież to była środa, więc nikt nie odebrałby mnie z Kalisza. Przeważnie po meczu nie mamy zbyt wiele czasu z Zuzią, by poczekać na zdjęcia. Tym razem o tej godzinie, co wychodziłyśmy zazwyczaj z hali, to teraz odchodziłyśmy spod niej.
Tego dnia ogłoszono też nowego sponsora MKS'u. I MKS pierwsze 15 minut pierwszej połowy grał naprawdę fajną piłkę. Później Wisła odjechała, a szkoda. Chociaż nie oszukujmy się, wszyscy wiedzą, kto w tym meczu miał większe szanse.
12 listopada, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - Solna Wieliczka
zdjęcia brak :(
Mając na uwadze to, że piłkarzom ręcznym szykowała się dłuższa seria meczów na wyjeździe, postanowiłam w końcu skorzystać z tego, że w karnecie na piłkę ręczną mam też i siatkarki. I pojechałam. Grają całkiem ładną siatkówkę, więc nikogo nie dziwi, że wtedy, jak i nadal są liderkami pierwszej ligi. Mocno wierzę w to, że tak będzie. To czas, by wielka siatkówka wróciła do Kalisza. Towarzystwo, jak wszystkie w tym roku kaliskie przygody - Zuzia.
26 listopada, Warszawa, ONICO Warszawa - Jastrzębski Węgiel
Kiedy wszyscy znajomi mówią, że nie chcą jechać do Warszawy, bo:
1) To Warszawa
2) To nie mecz Skry
3) To nie mecz siatkarek
Więc upieram się, że ja i tak tam pojadę. Udało się, towarzystwo znalezione. Podziękowania dla Ani! Że marzła ze mną w Warszawie. Że zniosła moje towarzystwo i zechciała ze mną po meczu iść na parking, bo ja obiecałam sobie, że nie wrócę bez podpisanego przez Jasona zdjęcia.
Zaczęło się od tego, że przy kupnie biletów nie szło się dobrze zorientować, czy klub kibica Onico jest w R czy Q. Dwie grafiki mówiły co innego, fejs KK mówił, że to Q. Gdyby to się komuś w tym sezonie miało przydać - są w R! Nie dotrwałyśmy na naszych pierwotnych miejscach do początku meczu. Wysiadłyśmy przystanek, czy dwa za późno.
Pozytyw - miłe panie z Koła Sympatyków Jastrzębia, które zawołały nas bliżej, gdy zajęłyśmy miejsca w ich sektorze na końcu. Ogólnie to był jedyny pozytyw. Przegrać drugiego seta 3 razy - tracąc przewagę, przegrywając, ale wszystko zmienił challange i w końcu i ostateczna porażka. To był chyba najgorszy mecz JW w tym sezonie i nadal jestem na nich za to wściekła.
Po meczu też Jason uciekł, a ja nie miałam ochoty drzeć się przez pół hali. Pójdę pod autokar... Szkoda, że nie wzięłam pod uwagę tego, że wyjdzie z kapturem na głowie. Zorientowałam się, że to on, jak wchodził do autobusu. Ale ciągle łudziłam się, że to nie mógł być on. W końcu zrezygnowana podjęłam desperacką próbę dowiedzenia się, czy to był Jason. Zapytałam trenera, czy De Rocoo już szedł, ale nie wiedział i poszedł sprawdzić. I to był moment, gdy myślałam - no super, pewnie to nie był on. Chwilę to trwało, trener wyszedł i powiedział, że już w autokarze jest, nie zdążyłam poprosić, a on już oznajmił, że Jason zaraz do mnie przyjdzie. Boże, jaki mi głupio było, bo wszyscy byli w autobusie. No ale się udało, podpisał co chciałam, dostał mniejsze zdjęcie z Wrocławia. Tylko teraz strach znów jechać na mecz chłopaków.
Tego dnia MKS grał na wyjeździe w Szczecinie i może gdybym się zdecydowała, to ktoś miałby dla mnie miejsce w aucie. I Lech w Poznaniu też grał, także wybór meczów był, a ja postawiłam na Warszawę. Jak wspominałam, terminarze w tym roku zdecydowanie mnie nie lubiły.
2 grudnia, Głogów, Chrobry Głogów - ENERGA MKS Kalisz
Przyszedł też czas na pierwszy wyjazdowy mecz piłki ręcznej. Tak zazdrościłam ludziom, że pojechali na mecz do Gdańska, że obiecałam sobie, że kolejny wyjazd autokarem jest mój. I pojechałam. Bez Zuzi, ale przyzwyczaiłam się już do reszty ludzi. Co prawda w planach nie było tego, że skończę jednak coś pijąc, ale wyszło, jak wyszło. Wynik w złą stronę.
Nie lubię, gdy rodzice muszą mnie odbierać gdzieś dalej z wyjazdów. Do Głogowa jechaliśmy przez Ostrów i Krotoszyn, ale okazało się, że wracając pojechaliśmy inną trasą, więc kierowca zgodził się wysadzić mnie w mojej rodzinnej miejscowości.
9 grudnia, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - KPR Legionowo
To miał być mój ostatni mecz piłki ręcznej w tym roku. Kolejny był w środę, ale nie planowałam się wybrać, bo 14 i 15 grudnia miałam kolokwia. Jechałam więc nacieszyć się meczem, ostatnim przed 20 stycznia, jak i spróbować złapać mojego ulubionego piłkarza ręcznego grającego w Kaliszu i coś mu dać. W sumie liczyłam się z tym, że skoro na poprzednich meczach nie odważyłam się podejść, to pewnie teraz też się może nie udać. Udało się, co widać wyżej. Gdyby wszyscy ludzie cieszyli się tak, jak on. Zrobił mi humor na cały kolejny tydzień. Myślałam, że nie przestanie mi dziękować. Miło wywoływać takie uśmiechy na twarzach innych ludzi.
Zmieniliśmy wtedy też sektor, mimo sprzecznych głosów. W poprzednim mało miejsca, ale tutaj problemem okazało się to, że nie było już nas tak słychać.
13 grudnia, Kalisz, ENERGA MKS Kalisz - MMTS Kwidzyn
Miałoby mnie zabraknąć na ostatnim meczu? Po sobotnim meczu stwierdziłam, że nawet nie ma takiej opcji. We wtorek napisałam do dziewczyny, do której chodzę w środy, że nie dam rady przyjść. Poszłam tylko do tej młodszej. Co prawda na hali byłam 10 minut przed meczem, to jednak zawsze lepiej być, niż nie być. Szkoda wyniku na koniec roku. Ale porażki są częścią sportu.
Wróciliśmy do poprzedniego sektora. 20 stycznia znów na mecz. (6 jest Puchar Polski, szkoda, że na wyjeździe, a ja poprzedniego dnia będę w Gdańsku).
~~~~
17 grudnia był plan, by pojechać na ostatni mecz Lecha w tym sezonie, ale... dzień wcześniej się pochorowałam, więc wyszło tyle, że nic nie wyszło, z gorączką zostałam w domu.
~~~~
To są tylko wyjazdy z meczami. Tak naprawdę byłam jeszcze w Poznaniu spotkać się z kolegą z klasy z technikum. Byłam łącznie 5 razy w kinie. Byłam 2 razy na pizzy z K. Kilka razy w Kaliszu na spotkaniu Klubu Kibica.
Kupiłam też sporo książek, bilet na koncert Eda. Wydałam zbyt dużo pieniędzy.
I może pieniądze szczęścia nie dają, ale za nie możesz kupić bilet na mecz, na pociąg i autobus, a dzięki temu buduje się wspaniałe wspomnienia.
~~~
Spędzałam też dużo czasu z moim psem. Po stracie poprzedniego doceniam bardziej każdą chwilę z moim czworonożnym przyjacielem. Każdy z wyjazdów właściwie zawierał jedną wiadomość do rodziców - jak tam Happy. Niby jeden głupi dzień, gdy mnie nie ma, góra dwa, a i ja tęsknię i on. Nikomu nie życzę, by po 4,5 roku stracił najlepszego przyjaciela, nawet jeśli to dla niektórych tylko pies. Happy jest biegającą kulką szczęścia, nikt nie wita tak, jak on. I choć nadal są dni, gdy tęsknię za poprzednim psem, to staram się myśleć tylko o tym, który teraz biega po domu.
W końcu też pojechaliśmy z rodzicami na wspólne wakacje. Happy oczywiście był z nami. Rzucić wszystko i jechać w Bieszczady - to trochę o nas, jeden telefon od brata i zdecydowaliśmy, że tydzień później wyjeżdżamy na wakacje. Z przygód? Ostatniego dnia po polu goniłam Hepsia, który udał się w pościg na kotem. Świeżo wyprane różowe trampki nabrały brązowego koloru, ale całe szczęście Hepsia udało się złapać.
Roku 2018, bądź choć w części tak dobry jak ten, który minął. A wszystko będzie wspaniałe!


















Świetne podsumowanie! Podczas czytania przypominałam sobie wiele swoich wyjazdów i właśnie te okołomeczowe sytuacje, które często właśnie nadają smaczku tym wszystkim meczom itd.
OdpowiedzUsuńTak jak pisałaś, pieniążki szczęścia nie dają, ale już kupione za nie bilety zdecydowanie tak :D Później bardzo miło wraca się do takich wspomnień, przegląda zdjęcia itd... ;)
Wszystkiego co najlepsze w nowym roku, oby był jeszcze lepszy od 2017, by było jeszcze więcej meczowych wyjazdów i super wydarzeń. I żeby nigdy nie brakowało towarzysza, i pociągi/autobusy nie spóźniały się i pasowały. Wszystkiego dobrego!
PS. Bardzo szybko i miło czytało się to, co napisałaś. Mam nadzieję, że będziesz częściej coś publikować. Chętnie poczytam :D