niedziela, 10 czerwca 2018

2 czerwca Polska - Chiny, Niemcy - Francja, 3 czerwca Polska - Niemcy

   Początkowo plan był tylko na sobotnie mecze w Łodzi. Bo soboty łatwiej ogarnąć. Bez terminów poszczególnych meczów nawet się śmiałam, że znając moje szczęście będziemy grać z Chinami. Miałam rację. Ale to i tak nie zmieniło planów na długi weekend. Okazało się nawet, że mecze naszej reprezentacji będą o 16, co gdzieś zrodziło plan na to, by zostać na niedzielnym meczu z Niemcami, skoro i tak będę nocować w Łodzi.  

  Towarzyszkę miałam taka samą jak i rok temu i dwa lata temu na Lidze Światowej, teraz już nazywanej Siatkarską Ligą Narodów. Nocleg też się nie zmienił, zostałyśmy przy Botique Hostel na Stefanowskiego, 2 przystanki do Atlas Areny(z przesiadką). Blisko ulicy Piotrkowskiej. 




  Po raz pierwszy do Łodzi jechałam InterCity, nie wysiadając na znanym mi przystanku Łódź Kaliska - gdzie dojeżdżają pociągi Przewozów Regionalnych(a właściwie Polregio). Łódź Chojny znajduje się w takim miejscu, że można by pomyśleć, że wcale nie jest się aktualnie w Łodzi, taki troszkę koniec świata. 

  Po przyjeździe kupiłyśmy bilet na komunikację miejską(chodź przez cały weekend ani razu nie trafiłam na kontrolę) i ruszyłyśmy do Manufaktury, tramwajem rzecz jasna. Tam zjadłyśmy obiad, wypiłyśmy mrożoną kawę i gdy powoli zbliżała się czternasta ruszyłyśmy na tramwaj do hostelu.  Kolejny pierwszy raz - wysiadłyśmy na przystanku Piotrkowska Brzeźna - gdzie nigdy nas nie było, ale droga do noclegu okazała się prosta. Po zameldowaniu, gdzie pani wpisując dane do systemu zauważyła, że już tam byłyśmy  - ruszyłyśmy na drugie piętro do pokoju. Wiecie jakie to piękne uczucie, gdy po otwarciu drzwi widzicie wiatrak? Nie miałam ochoty stamtąd wychodzić, dlatego pokój opuściłyśmy około 15:20, a na halę dotarłyśmy idealnie na odśpiewanie hymnu. Ma się to wyczucie czasu.




   Miałyśmy miejsca w sektorze N i 17 rzędzie.  Powinny kosztować 49 zł, ale dzięki Natalce, która wysłała nam swój kod zniżkowy z Plusa - zapłaciłyśmy 39 zł za bilet.  - widok z niego macie powyżej. Mi osobiście odpowiadało. Hymny i mecz. Dobrze było znów pokrzyczeć, poklaskać, pośpiewać. Od ostatniego siatkarskiego meczu mężczyzn minęły trzy miesiące i miałam prawo się stęsknić. Znów nieudana próba "na dwa uderzenia Grzegorza" - ludzie, kiedy się nauczycie? 

  Po meczu nie miałyśmy zdjęć. Przybiłyśmy jednak piątki z naszymi chłopakami i przyznam szczerze, mocno szanuję tego, kto to wymyślił. Liczyłam też na to, że kolejnego dnia wypiję piwo z trenerem. Na chwilkę stanęłyśmy w kolejce do Kubiaka i trenera, a po okrzyku ochroniarza, którego nawet nie widziałyśmy - WSZYSCY KROK DO TYŁU - po prostu odeszłyśmy. Plan był, by coś zjeść na hali przed drugim meczem - ale po zobaczeniu ceny za zapiekankę - 15 zł - zdecydowałyśmy się, że albo jedziemy do galerii, albo idziemy do Maka. Zabrałyśmy ze sobą Lidkę i jej towarzyszkę, z którymi spędziłyśmy też drugi mecz. 


  Na który de facto się spóźniłyśmy, bo najpierw nie chciał przyjechać tramwaj w tamtą stronę, a jak wracałyśmy to trzeba byłoby czekać 10 minut. Nie zmienia to faktu, że dobrze się bawiłam. I gdy pierwszy raz kibicujesz Niemcom, a oni dają się pokonać Francji... Eh,  nie tak to miało wyglądać! Pierwszy raz też popłakałam się na meczu ze śmiechu. Po udawaniu sędziego pierwszego, drugiego i liniowych, przyszedł czas na trenerów. Nie wiem jakim cudem trener Francuzów się zorientował, ale zaczął skakać, machać rękami, wszyscy też i cała hala się śmiała. A ja jeszcze kilka minut ocierałam łzy. Brakowało mi tej radości z siatkówki. 

   Po tym meczu udało nam się zrobić kilka zdjęć, bo ludzi chętnych było jakby mniej. Kto powiedział do Kevina Tille - zrobisz? - gdy nie umiał ogarnąć zrobienia selfie? Jak zwykle było wesoło. Pojechałyśmy jeszcze z dziewczynami do maka na mcflury(jakkolwiek się to nie piszę) i rozdzieliłyśmy się, wracając do swoich noclegów. 

   Standardowo kupiłyśmy następnego dnia śniadanie w Dino i przed dwunastą wymeldowałyśmy się z hostelu. Pojechałam z Anią na dworzec, jej pociąg odjeżdżał o 12:30, a Zuzia miała przyjechać o 12:50. Po drodze jeszcze pomogłyśmy pani ze znalezieniem klubu Wytwórnia, chociaż pani była przy dobrej ulicy, tylko za daleko zajechała i ominęła zjazd. Na dworcu pomogłam panu znaleźć jego peron, a później wytłumaczyłam pani jak dojechać do najbliższego maka. Nie, żebym nie była akurat 4 raz w Łodzi i kompletnie nie znała nic, poza Halą, Makiem, hostelem, galerią Łódzką, Sukcesją i Manufakturą. I dworcami!




  I kolejna podróż do Maka, Zuzia jednak przekonała mnie na spacer. I właściwie jedyna droga prowadziła obok hotelu, w którym byli siatkarze. Miałyśmy ciut szczęścia, bo akurat z auta wyciągali coś Kubiak z Drzyzgą. Chwilkę chyba się wahałyśmy, ale końcem końców podeszłyśmy, grzecznie zapytałam, czy bardzo się śpieszą, czy możemy zająć im chwilkę i zrobić sobie z nimi zdjęcie. Fabian właściwie od razu się zgodził, najpierw czekaliśmy na Michała, który właśnie prawie nurkował w aucie, ale później zaproponował, że zrobimy je osobno. Co prawda Kubiak prawie odszedł, ale i tak się zgodził. A później od znajomych dowiedziałam się, że o kapitanie chodzą jakieś legendy, że wredny, że chamski, że nie miły pod hotelem. Cóż, nie odniosłam takiego wrażenia. Okej, nie był jakiś wylewnie szczęśliwy(ale i Zeus nie był), ale na pewno nie był chamski, określiłabym go bardziej mianem neutralnego. W maku byłyśmy chwilę i wróciłyśmy pod halę, aby jednak pojechać jeszcze raz od.. maka. Później jednak zbliżała się już 15, więc idealna pora, by pojechać na halę. 




  Okazuje się, że powyższe zdjęcie z instagramowymi serduszkami jest jednym przedstawiającym widok z rzędu 20 sektora B, gdzie miałyśmy kupione bilety w cenie 29 zł i gdzie spędziłyśmy tylko pierwszego seta meczu Polska - Niemcy. Cóż, to było troszkę przyjanuszowane, bo zmieniłyśmy później miejsca i przeszłyśmy do sektora O, bodajże do 8/9 rzędu. Nie chcę wiedzieć, ile kosztowały tam bilety, zwyczajnie nie chcę.  Ale widok był taki:



   Mecz nie wyszedł tak, jakbyśmy chciały. Polacy przegrali i tyle było z piwa z trenerem. Przybiłyśmy piątki z chłopakami, którzy wcale nie byli zadowoleni z tego, że musieli to robić, było to widać, ewidentnie było to widać. Ale.. mimo wszystko im się nie dziwę. 

  Pośpiewałam 'Przybyli ułani pod okienko', mijałam kilkanaście osób, które kojarzyłam z instagrama, ale w sumie z żadną nie odważyłam się porozmawiać. Z resztą było to kilka osób, których zdjęcia gdzieś widziałam i po prostu twarz była znajoma. 


  Wniosek po tym weekendzie mam jeden - naprawdę cieszyło mnie oglądanie naszej reprezentacji. Przez chwilkę poczułam się jak za czasów trenera Anastasiego, gdy siatkówka naprawdę sprawiała, że się uśmiechałam. Vital, wierzę w Ciebie. Był Antiga, był De Giorgi, ale to nie byli ludzie, których chciałam na tym miejscu. W Vitala wierzę i z niecierpliwością czekam na kolejny mecz. Kto wie, może i  w tym roku pojawię się na meczu reprezentacji?

  Weekend byłby jednak za piękny, gdyby coś go nie popsuło. Miałam starcie z panem, który nie chciał zejść z mojego miejsca w pociągu.... 


1 komentarz:

  1. Dalej żałuję, że się minęłyśmy w tej Łodzi, ale niestety - tylko piątek mi pasował. Ale może do tych trzech razy sztuka. Oby! :D

    Super, że wyjazd się udał! Też bardzo podoba mi się ta reprezentacja i ich radość z gry. Mam nadzieję, że wiele dobrego przed nimi i naszym nowym trenerem :D

    OdpowiedzUsuń