Jak kupić bilety na koncert Dawida Podsiadło:
1. Sprawdzić o której godzinie i w jakim dniu są sprzedawane bilety.
2. Zdenerwować się, że ma się tego dnia na uczelni laboratoria, na których musi się być.
3. Zastanawiać się, czy na pewno na nie iść.
4. Stwierdzić, że jednak trzeba tam iść, ale spróbuję się z telefonu kupić bilety.
5. W drodze na uczelnie sprawdzić, czy jest już na stronie dokładny link do wydarzenia.
6. Dodać tę stronę jako startową przeglądarki.
7. Uprzedzić kolegę siedzącego obok, aby przed 14 też Cię pilnował, abyś kupiła bilety.
8. O 13:55 zalogować się na stronie.
9. Równo o 14 wybierz stronę startową.
10. Wybierz 2 bilety.
11. Klikaj wszystko jak leci, byle dość do momentu płatności - nawet nie sprawdź, jakie dostaniesz miejsca.(Swoją drogą, ludzie pisali o wciskaniu obrazków, które gwarantują, że nie jest się bootem - a mi tylko chwilkę dłużej ładowało stronę z informacją, że to jest sprawdzane).
12. Czekaj chwilę na smsa od banku i zdaj sobie sprawę, że zajęcia są 'w piwnicy' i nie zawsze jest zasięg.
13. Odetchnij z ulgą, jak już dostaniesz smsa.
14. O 14:03:13 zapłać i dostań potwierdzenie płatności od Dotpay.
15. Sprawdź miejsca i bądź zaskoczona, że kupując punktualnie o 14 - dostaniesz miejsca w 25 rzędzie.
16. Ciesz się tym, że posiadasz bilety, gdy zdasz sobie sprawę, że dużej grupie ludzi się to nie udało.
Powyższy wstęp napisałam sobie krótko po tym, jak kupiłam bilety, stąd też dokładna godzina potwierdzenia płatności od Dotpay. Odliczałam kolejne dni do koncertu. Mijały szybko, choć zaczynałam odliczać od 124 dni. Wydawało się dużo, ale ostatecznie dzień koncertu nadszedł prędzej, niż się tego spodziewałam.
Na sam koncert postanowiłam zabrać mamę. Wiedziałam, że strasznie żałowała, że nie pojechała na koncert Eda, którego obie lubimy. Kiedyś pomiędzy słuchaniem Korteza, a Dawida powiedziała, że chciałaby kiedyś iść na koncert. Zakodowałam to w głowie i niedługo później powiedziałam, że Podsiadło będzie w Jarocinie. A jeszcze troszkę przed tym żałowałam, że poznańskie koncerty są o 20:30, bo bym pojechała, a mama żartowała, że może będzie gdzieś bliżej kiedyś. Nie powiedziałam jej jednak, że planuje kupić bilety na koncert, bo pewnie wymówka byłaby taka, jak zawsze. Postawiłam mamę przed faktem dokonanym, gdy po zakupie biletów, w przerwie między zajęciami zadzwoniłam mówiąc, żeby zaklepała sobie wolne. Nie podałam od razu powodu, więc była przestraszona, czemu każę jej brać wolne w pracy. I choć miejsca nie były wymarzone, to nie mogłam się doczekać 24 kwietnia. Nie wiem, czy bardziej cieszyłam się z tego, że to ja idę na koncert, czy z tego, że zabieram tam mamę. I miałam nadzieję, że będzie się jej podobało.
Na koncert wybrałyśmy się autobusem lokalnego przewoźnika. Na drodze był wypadek, więc zamiast jechać główną, jechaliśmy objazdem. Cudowne, polskie wiejskie drogi. Nie były przystosowane do jazdy samochodów ciężarowych, a maleńki busik, którym jechałam - mknął momentami połową po poboczu. Kurzyło się niemiłosiernie, więc okna domów zapewne nie wyglądały tak pięknie, jak na święta, kiedy zapewne zostały umyte.
Pan kierowca okazał się bardzo miły. Musiał słyszeć naszą rozmowę, że nie jestem do końca pewna, kiedy mamy wysiąść i najwyżej pojedziemy do końca i włączymy nawigację. Ostatecznie wysiadłyśmy w najlepszym dla nas miejscu i dotarłyśmy do Jarocińskiego Ośrodka Kultury. Całkiem przyjemne miejsce. Troszkę czekałyśmy, nim otworzą salę.
Okazało się, że faktycznie miałyśmy miejsca w ostatnim rzędzie. Lepiej, z numeracji wynikało, że to były dwa ostatnie. No chyba, że przydzielali miejsca od końca. To był taki kameralny koncert na 400 osób, z czego około 60 biletów sprzedano w Jarocinie stacjonarnie - pewne dziewczyny udostępniły zdjęcia biletów z 5 rzędu chyba, a wiedząc, że miejsc było na rząd 16 - mogę śmiało stwierdzić, że tyle sprzedano w Jarocinie. Przykre to, że były osoby, które nie musiały stanąć w walce o bilety w internecie. Mama śmiała się na moje stwierdzenie, że aby kupić te bilety trzeba było być szybszym jak gepard.
I choć był to ostatni rząd, to magia koncertu dotarła też do nas. Słuchałam, nuciłam, uśmiechałam się do mamy siedzącej obok. Słuchałam Dawida, który między piosenkami starał się mówić. Sprawiał, że ludzie się śmiali. Mówił o braku zwierząt na koncertach i o roztoczach w powietrzu. O tym, że on lubi mówić i że mówienie jest jedną z jego ulubionych rzeczy zaraz po... nie mówieniu. Nie wybierał lepszego koncertu z tych dwóch, które zagrał dzień po dniu. To był taki magiczny wieczór. Gdzie wszyscy prawie siedzieli, wszyscy wstali na 'Nie ma fal' i fale jednak były. Gdzie na bis była tylko jedna piosenka, której wiedziałam, że nie zabraknie. Choć trasa nazywała się Wielkomiejski Tour, to Małomiasteczkowego nie mogło zabraknąć. Wszyscy stali, śpiewali. Myślę, że warto było jechać. I choć nie jechałam tam z nastawieniem na usłyszenie koniecznie któreś z piosenek, to wszystkich dobrze się słuchało. I gdzieś się uśmiechnęłam na 'W dobrą stronę' bo kojarzy mi się z Kaliskim Pucharem Polski, w trakcie którego puszczano jej refren. Przyznam, że przyjemnie dla ucha grał zespół. Naprawdę nie chciałam, by się kończyło. I choć wydałam na jeden bilet 129 zł, to myślę, że to było warte tych pieniędzy. Mama podzieliła moje zdanie i naprawdę cieszyłam się, że i ona była zadowolona.
Kilka kolejnych dni nuciłam piosenki Dawida i doszłam do wniosku, że jedyne, co mnie w tym wszystkim rozczarowało, to fakt, że na niektórych koncertach Dawid później wychodził do ludzi. Ale to jak już minęła cała euforia i radość z koncertu. Nie mówię, że to było najważniejsze - bo nie było. Z resztą powinnam dodać, jak bardzo szanuję fakt, że nie można było robić zdjęć. Wszyscy byli skupieni na muzyce. Owszem, zrobiłam zdjęcie - widać na nim światło i głowy ludzi - pochodzi ono z ostatniej piosenki. Było na instagramie przez 24 godziny po koncercie. Teraz nie widzę powodu, by je tu dodawać i by było tu dopóki go nie usunę. Wiem, że taki brak zdjęć w trakcie koncertu i pilnowanie tego przez ochronę nie jest możliwe na dużych koncertach, ale tu mi się to bardzo podobało.
Zdecydowanie mocno polecam koncert Dawida. Jeśli tylko uda się oczywiście wygrać walkę o bilety. Tutaj nawet nie ma się jak zastanowić, czy się chcę bilety, czy nie. Wyprzedają się naprawdę szybko.
A jeśli ja, nie chodząca kiedyś na koncerty - polecam Wam wybranie się na czyjś koncert - to myślę, że musicie to rozważyć. Ja na pewno kiedyś będę chciała wrócić. Tak jak na Korteza. Gdybym nie była biednym, wiecznym bankrutem - to myślę, że poważnie pokusiłabym się koncert Korteza w Olsztynie. A tak? Tak kupiłam właśnie bilety na pociąg na Katowicko-Wrocławski weekend z siatkówką w tle.
Nadal chce tu bywać częściej - ale ostatnio ze wszystkim jestem mocno do tyłu.
Powyższy wstęp napisałam sobie krótko po tym, jak kupiłam bilety, stąd też dokładna godzina potwierdzenia płatności od Dotpay. Odliczałam kolejne dni do koncertu. Mijały szybko, choć zaczynałam odliczać od 124 dni. Wydawało się dużo, ale ostatecznie dzień koncertu nadszedł prędzej, niż się tego spodziewałam.
Na sam koncert postanowiłam zabrać mamę. Wiedziałam, że strasznie żałowała, że nie pojechała na koncert Eda, którego obie lubimy. Kiedyś pomiędzy słuchaniem Korteza, a Dawida powiedziała, że chciałaby kiedyś iść na koncert. Zakodowałam to w głowie i niedługo później powiedziałam, że Podsiadło będzie w Jarocinie. A jeszcze troszkę przed tym żałowałam, że poznańskie koncerty są o 20:30, bo bym pojechała, a mama żartowała, że może będzie gdzieś bliżej kiedyś. Nie powiedziałam jej jednak, że planuje kupić bilety na koncert, bo pewnie wymówka byłaby taka, jak zawsze. Postawiłam mamę przed faktem dokonanym, gdy po zakupie biletów, w przerwie między zajęciami zadzwoniłam mówiąc, żeby zaklepała sobie wolne. Nie podałam od razu powodu, więc była przestraszona, czemu każę jej brać wolne w pracy. I choć miejsca nie były wymarzone, to nie mogłam się doczekać 24 kwietnia. Nie wiem, czy bardziej cieszyłam się z tego, że to ja idę na koncert, czy z tego, że zabieram tam mamę. I miałam nadzieję, że będzie się jej podobało.
Na koncert wybrałyśmy się autobusem lokalnego przewoźnika. Na drodze był wypadek, więc zamiast jechać główną, jechaliśmy objazdem. Cudowne, polskie wiejskie drogi. Nie były przystosowane do jazdy samochodów ciężarowych, a maleńki busik, którym jechałam - mknął momentami połową po poboczu. Kurzyło się niemiłosiernie, więc okna domów zapewne nie wyglądały tak pięknie, jak na święta, kiedy zapewne zostały umyte.
Pan kierowca okazał się bardzo miły. Musiał słyszeć naszą rozmowę, że nie jestem do końca pewna, kiedy mamy wysiąść i najwyżej pojedziemy do końca i włączymy nawigację. Ostatecznie wysiadłyśmy w najlepszym dla nas miejscu i dotarłyśmy do Jarocińskiego Ośrodka Kultury. Całkiem przyjemne miejsce. Troszkę czekałyśmy, nim otworzą salę.
Okazało się, że faktycznie miałyśmy miejsca w ostatnim rzędzie. Lepiej, z numeracji wynikało, że to były dwa ostatnie. No chyba, że przydzielali miejsca od końca. To był taki kameralny koncert na 400 osób, z czego około 60 biletów sprzedano w Jarocinie stacjonarnie - pewne dziewczyny udostępniły zdjęcia biletów z 5 rzędu chyba, a wiedząc, że miejsc było na rząd 16 - mogę śmiało stwierdzić, że tyle sprzedano w Jarocinie. Przykre to, że były osoby, które nie musiały stanąć w walce o bilety w internecie. Mama śmiała się na moje stwierdzenie, że aby kupić te bilety trzeba było być szybszym jak gepard.
I choć był to ostatni rząd, to magia koncertu dotarła też do nas. Słuchałam, nuciłam, uśmiechałam się do mamy siedzącej obok. Słuchałam Dawida, który między piosenkami starał się mówić. Sprawiał, że ludzie się śmiali. Mówił o braku zwierząt na koncertach i o roztoczach w powietrzu. O tym, że on lubi mówić i że mówienie jest jedną z jego ulubionych rzeczy zaraz po... nie mówieniu. Nie wybierał lepszego koncertu z tych dwóch, które zagrał dzień po dniu. To był taki magiczny wieczór. Gdzie wszyscy prawie siedzieli, wszyscy wstali na 'Nie ma fal' i fale jednak były. Gdzie na bis była tylko jedna piosenka, której wiedziałam, że nie zabraknie. Choć trasa nazywała się Wielkomiejski Tour, to Małomiasteczkowego nie mogło zabraknąć. Wszyscy stali, śpiewali. Myślę, że warto było jechać. I choć nie jechałam tam z nastawieniem na usłyszenie koniecznie któreś z piosenek, to wszystkich dobrze się słuchało. I gdzieś się uśmiechnęłam na 'W dobrą stronę' bo kojarzy mi się z Kaliskim Pucharem Polski, w trakcie którego puszczano jej refren. Przyznam, że przyjemnie dla ucha grał zespół. Naprawdę nie chciałam, by się kończyło. I choć wydałam na jeden bilet 129 zł, to myślę, że to było warte tych pieniędzy. Mama podzieliła moje zdanie i naprawdę cieszyłam się, że i ona była zadowolona.
Kilka kolejnych dni nuciłam piosenki Dawida i doszłam do wniosku, że jedyne, co mnie w tym wszystkim rozczarowało, to fakt, że na niektórych koncertach Dawid później wychodził do ludzi. Ale to jak już minęła cała euforia i radość z koncertu. Nie mówię, że to było najważniejsze - bo nie było. Z resztą powinnam dodać, jak bardzo szanuję fakt, że nie można było robić zdjęć. Wszyscy byli skupieni na muzyce. Owszem, zrobiłam zdjęcie - widać na nim światło i głowy ludzi - pochodzi ono z ostatniej piosenki. Było na instagramie przez 24 godziny po koncercie. Teraz nie widzę powodu, by je tu dodawać i by było tu dopóki go nie usunę. Wiem, że taki brak zdjęć w trakcie koncertu i pilnowanie tego przez ochronę nie jest możliwe na dużych koncertach, ale tu mi się to bardzo podobało.
Zdecydowanie mocno polecam koncert Dawida. Jeśli tylko uda się oczywiście wygrać walkę o bilety. Tutaj nawet nie ma się jak zastanowić, czy się chcę bilety, czy nie. Wyprzedają się naprawdę szybko.
A jeśli ja, nie chodząca kiedyś na koncerty - polecam Wam wybranie się na czyjś koncert - to myślę, że musicie to rozważyć. Ja na pewno kiedyś będę chciała wrócić. Tak jak na Korteza. Gdybym nie była biednym, wiecznym bankrutem - to myślę, że poważnie pokusiłabym się koncert Korteza w Olsztynie. A tak? Tak kupiłam właśnie bilety na pociąg na Katowicko-Wrocławski weekend z siatkówką w tle.
Nadal chce tu bywać częściej - ale ostatnio ze wszystkim jestem mocno do tyłu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz