piątek, 6 lipca 2018

Wspomnieniami pisane - czyli sezon piłki ręcznej

  • Dwanaście meczów domowych rundy zasadniczej. 
  • Jeden wyjazdowy rundy zasadniczej.
  • Mecz ćwierćfinału Pucharu Polski. 
  • Mecz wyjazdowy i mecz domowy o Dziką Kartę. 
  • Mecz ćwierćfinałowy. 
Razem siedemnaście meczów. 
   Sezon umykał. Uciekał niczym piasek przez palce. W jednej chwili był 17 września, czyli pierwszy mecz MKSu, na jakim się pojawiłam w sezonie, a w kolejnym 1 maja, czyli ostatni, na jakim kibicowałam. Ktoś mi powie, gdzie zniknęły poprzednie miesiące, gdzie umknęły mi te wszystkie mecze?

  2 września rozpoczął się sezon. W Kaliszu. Meczem z Vive. Gdzie ja wtedy byłam? W styczniu zaplanowałam weekend w Krakowie, z półfinałami Mistrzostw Europy. Były wiec bilety, był zaklepany nocleg i ogarnięty i opłacony dojazd. Nie było mowy, bym została w Kaliszu. Tak umknął mi więc mecz z Mistrzem Polski. Mówiłam sobie, że trudno, poczekam do kolejnego sezonu. Rzeczywistość okazała się inna.

  Ominął mnie jeszcze mecz w lutym z Pogonią Szczecin. Pogrom w pierwszej połowie, gdy będąc w Jastrzębiu sprawdzałam wynik i widząc 12:3 zastanawiałam się, czy ktoś nie zapomniał dopisać jedynki przed trójką. Kiedyś jednak do Jastrzębia było trzeba jechać, padło na tego 24 lutego.

  Później nie udało mi się być prawie miesiąc później na meczu z Puławami, bo dwa dni przed meczem się rozchorowałam. Przynajmniej nie musiałam kombinować, jak wrócić z meczu, który był rozgrywany o 20:15. 

  Po tym, jak MKS zakończył rundę zasadniczą na 4 miejscu w grupie pomarańczowej przyszła pora na walkę o dziką kartę z zespołem z Lubina. Gdzieś wcześniej można było już się domyślić z kim zagramy, a ja z jednej strony chciałam tych meczów z Zagłębiem, bo Anderson, z drugiej jednak się bałam, bo... sama w sumie nie wiem. Bo bałam się znów podejść? Bo polubiłam kogoś, kogo nie powinnam lubić? Mecz Lubinie i siedem bramek straty w najgorszym momencie, by ostatecznie przegrać jedna bramką i pogrom w Kaliszu, gdzie Zagłębie właściwie mogło prosić o najmniejszy wymiar kary. Pizza od Andersona, a właściwie jej kawałek, uśmiechy, chwilka rozmowy. Za to lubię sport. I za to mam słabość do obcokrajowców. 
  
  Wspomniałam, że co do meczu Vive rzeczywistość okazała się inna. Jednak było dane mi zobaczyć ten zespół.  Wygrany mecz o dziką kartę gwarantował ćwierćfinał, gdzie czekał zespół z Kielc. Tak naprawdę wynik nie był ważny, to była taka piękna klamra zamykająca ten sezon. Bo ja byłam z nich dumna, obserwując ich grę przez cały sezon. Były porażki, były zwycięstwa. Był remis w regulaminowym czasie gry w Kwidzynie. Były zdobywanie bramki przez bramkarza. Były jakieś kontuzje. 

  Czas mijał i nim się obejrzałam, sezon dla kaliskiej drużyny się zakończył. Dla mnie też był szczególny. Nowo poznani ludzie, uśmiechy, tysiące kroków pokonanych na przystanek autobusowy. Monety wydawane na dojazd, czy to autobusem, czy nawet pociągiem. 

  Na pewno w sierpniu zeszłego roku nie myślałam o tym, że będę na tylu meczach, że mi się spodoba i po miesiącu od końca sezonu, a po dwóch od ostatniego meczu w Kaliszu - będę tęsknić i czekać na kolejny mecz. W sierpniu turniej Szczypiorno Cup i trzy dni z piłką ręczną, może i w tym roku  się wybiorę? 

  W tym wpisie brakuje zdjęć, bo nigdy nie robiłam ich wiele, więc wszystkie, które już miałam dodać - się pojawiły. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz