niedziela, 2 grudnia 2018

12 sierpnia, Warszawa, Koncert Eda Sheerana


  Kiedyś pomyślałam - Na koncert Eda mogłabym pojechać. A nie należę do ludzi, którzy lubią koncerty. Gdyby ktoś zapytał mnie o ulubionego wykonawcę, czy piosenkę - nie mam. Słucham tego, co nawinie mi się na auto odtwarzaniu. Bywają okresy, gdy słucham w kółko Shawna Mendesa, Korteza, by innym razem zapętlać piosenki któregoś z chłopaków z One Direction, a jeszcze innym razem przesłuchać ostatnią płytę Linkin Park. Albo Toma Odella. Lub Mansa.  Nie ma reguły na to, czego słucham. Ostatnio zrobiłam jednak listę wykonawców, na których koncert chciałabym pojechać. 

   Gdy bilety na koncert weszły do sprzedaży - nawet nie zerkałam, a później widziałam to zawirowanie z biletami i brakiem potwierdzeń. My kupiłyśmy od razu po pojawieniu się biletów tego samego dnia, na 12 sierpnia. Troszkę na początku było zawirowania, ale może nie będę o tym pisać. Było, minęło.

  Odliczałam więc 400 dni do koncertu. Bilet początkowo był u Gosi i dostałam go dopiero w kwietniu tego roku. Widzicie jak jej ufałam, bo przez ten czas nawet nie poprosiłam o jego zdjęcie? Może wtedy zaczęło do mnie docierać, że ja naprawdę tam jadę? Odliczałam, widziałam zmieniające się cyferki na telefonie, które informowały mnie ile dni zostało.Cóż, zdarzało mi się odliczać 7 miesięcy do meczu Słoweńców w Krakowie, ale 400 dni jeszcze nie było. 

    Od początku wiedziałam, że nie będę miała jak po koncercie wrócić do domu, więc należało znaleźć nocleg. Zajęłyśmy się tym w lutym, ale albo wszystko było płatne, albo z kartą. Wzięłyśmy cokolwiek, 8 km od stadionu, aby można było bezpłatnie odwołać. Pod koniec czerwca weszłam na booking.com i z ciekawości wybrałam datę i wpisując Stadion Narodowy, by znaleźć coś bliżej. Włączyłam jeszcze kilka filtrów, aby zmniejszyć liczbę ofert do tych, które mnie interesują. Czytałam opinię i natknęłam się na jeden z obiektów w dobrej odległości z dobrymi ocenami za dobrą cenę. Hostel Helvetia przy Sewerynów w Śródmieściu. (Śródmieście?). Po opłaceniu rezerwacji dopiero kilka dni później sprawdziłam sobie dokładnie okolice. Kilometr do Pałacu Prezydenckiego? Dwa do Stadionu i dwa na dworzec centralny? I w okolicy pełno atrakcji turystycznych, już zaczynało mi się podobać i śmiałam się, że chyba wstaniemy o siódmej rano, a mimo to braknie nam czasu. Byłam też niepocieszona, gdy okazało się, że Muzeum Sportu w poniedziałki nie jest otwarte do zwiedzania. 

  Bilet był od lipca poprzedniego roku, nocleg zaklepałam 25 czerwca tego roku, a bilet na pociąg można było dopiero kupić 30 dni przed wyjazdem. Z Kalisza to koszt raptem 20 zł przy zniżce studenckiej i 30% zniżki z racji zakupu biletu wcześniej. Jednak dzień przed zakupieniem biletów zdecydowałam się jednak na zakup biletów na połączenie z mojej miejscowości z przesiadką w Kaliszu, na którą w przypadku wyjazdu w dniu koncertu miałam 20 minut - a różnica w cenie wynosiła około złotówki. Gdyby pociąg miał opóźnienie - zawsze mogłam poprosić tatę o podwózkę do Kalisza, a w razie planowej podróży - wsiąść w moim mieście. Tak samo zrobiłam z pociągiem powrotnym - co prawda tutaj miałam na przesiadkę godzinę i siedem minut, ale z kolei autobus odjeżdżał z Kalisza 20 minut po planowym przyjeździe pociągu - w razie opóźnienia - szybciej miałam pociąg, niż kolejny autobus - a różnica w cenie była niewielka przy zakupie biletów razem. Zawsze lubię mieć opcję B. 

   Cóż, to wyżej napisałam sobie przed wyjazdem z myślą, że jak wrócę, to szybciej zabiorę się za długi Warszawski post, bo początkowo chciałam wymyślić plan idealny zwiedzania - zaraz Wam powiem, co z niego wyszło.  

   Wracając, ostatecznie do Kalisza zawiózł mnie tata, a wróciłam autobusem, bo pociąg nie miał opóźnienia, więc część dojazdowa minęła właściwie bez problemów.

      Oglądałam mapkę, szukałam miejsc, które można odwiedzić. Chciałam zobaczyć tyle rzeczy, że... zrezygnowałam prawie z wszystkiego! Na liście miejsc został - Grób Nieznanego Żołnierza i Łazienki Królewskie. Nie licząc oczywiście Stadionu Narodowego, ale on tu był głównym celem! 



  Być może mieliśmy opóźnienie na dworcu Centralnym, znów nie umiałam się tam odnaleźć, ale zjadłyśmy z Gosią, najpierw przekazałyśmy Natalce jej bilety, później zabrałyśmy od niej rzeczy, których nie wniosłaby na stadion, a następnie z pomocą nawigacji ruszyłyśmy do Grobu Nieznanego Żołnierza, pieszo. Niedziela była dniem, gdy wcale nie skorzystałyśmy z komunikacji miejskiej, więc myślę, że te 7-8 kilometrów zrobiłyśmy. Meldowanie miałyśmy od 15, więc przesiedziałyśmy w cieniu w pobliżu Grobu ponad pół godziny i znów z pomocą nawigacji trafiłyśmy do Hostelu. W sumie nie byłyśmy tam długo. Mimo miejsc na trybunie - pojawiłyśmy się pod stadionem chwilkę po 16. Dość szybko, właściwie bez kolejki weszłyśmy na sam teren wokół stadionu, za płotem. Zdjęcie na tle stadionu jest? Nawet więcej, jak jedno. 

  W jednej chwili pojawiłam się na stadionie, a w kolejnej wychodziłam ze stadionu. To był magiczny wieczór. Kiedy mimo tysięcy ludzi na stadionie - ja czułam, że Ed śpiewa tylko dla mnie. Było moje 'Nancy Mulligan' na które czekałam od samego początku. Niby wiedziałam, że Ed to śpiewa, niby wiedziałam, że powinno być, ale z końcem każdej piosenki sprawdzałam, czy oby na pewno idzie inna gitara i czy to na pewno nie koniec. Ed żartował, Ed śpiewał, był Ed i gitara. Teraz, po 4 miesiącach od koncertu ja nadal się uśmiecham, gdy wspominam tamten wieczór. Nie chodziłam na koncerty. Ten był moim pierwszym, po którym stwierdziłam, że nie ma mowy, teraz pora na tego Korteza.  (Tak, kupiłam bilet i w styczniu idę na koncert sama). 



  Było też BeMy, był Jamie Lawson, była i Anne-Marie. I przed koncertem starałam się zapoznać z ich muzyką, więc choć siedziałam, to było miło i teraz lubię do ich piosenek wracać. (No może poza BeMy, bo z ich utworów nadal tylko Oxygen, które mocno lubię). 





  Ale Ed.... cóż, myślę, że bez wątpienia, gdyby wrócił jeszcze do Polski - tym razem rzucę wszystko, żeby kupić bilet. Może na wyjazdy za granicę się nie nadaję, ale Ed, wróć za kilka lat. Ciężko mi teraz napisać coś więcej. Bo wtedy czas przestał płynąc, albo płynął zbyt szybko. Teraz słucham nagranych filmików, które wrzucali ludzie na youtube i uśmiecham się jak głupek. I nigdy nie oceniajcie ludzi po tym, że śpiewają patrząc na tekst w telefonie. Za chwilę, to wy będziecie milczeć, bo nie będziecie znać tekstu, a ten ktoś - będzie śpiewał najgłośniej wokół was. Nadal nie wierzę, że tak byłam. 





   Wróciłyśmy pieszo do noclegu, poszłyśmy spać, choć ciężko było usnąć. Kolejnego dnia po wymeldowaniu poszłyśmy do biedronki po śniadanie, pojechałyśmy do Łazienek, gdzie posiedziałyśmy na hamakach i aż żal było stamtąd odchodzić. Zobaczyłyśmy najbrzydszy stadion w Polsce, nie tylko w Warszawie. Spotkałyśmy się z Natalką na dworcu, a później ruszyłyśmy na Stare Miasto. Krążyłyśmy uliczkami bez większego celu. Później śmiałyśmy się z wycieczki obcokrajowców, gdzie jeden chłopak siedział i uderzał butelkami rytm, a ludzie wrzucali mu pieniądze, przy odpowiednim buczeniu jego kolegów, stojących dalej. Wybrałam wszystkie grosiki i zagrałam w ich grę, udając, że się zastanawiam, czy podejść, wrzucić, wracałam, udawałam, że nie chcę, oni co chwilę buczeli, ale ostatecznie wrzuciłam. Cóż, było całkiem zabawnie. Jeździłyśmy metrem, odwiedziłyśmy Syrenkę, i... przyszedł koniec wyjazdu. Warszawa nadal jest duża, jest nie moja, ale... mam z niej teraz dobre wspomnienie. Nie to, co z meczu Onico z Jastrzębiem(nadal nie wybaczyłam wam tamtej porażki!).








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz