piątek, 27 kwietnia 2018

22 kwietnia, Zagłębie - MKS / 25 kwietnia, MKS - Zagłębie

  Trzy miesiące temu miałam przyjemność oglądać mecz tych samych zespołów, jednak w Kaliszu. Od dłuższego czasu można było przypuszczać, że to właśnie na miedziowych wpadnie zespół, którego mecze w tym sezonie można powiedzieć, że regularnie oglądać. Gdzieś tam w głowie zakiełkował więc pomysł, by to właśnie do Lubina się wybrać. Tych meczów w tym roku coraz więcej, powoli mogę zacząć myśleć, że będzie ich więcej, niż w minionym roku - mój portfel i stan konta zdecydowanie tego nie lubią. 

  Postanowiłam więc, że pojadę i na wyjazdowy mecz i na ten rozgrywany w Kaliszu. Bo to była pora na walkę o ćwierćfinał. Przyznam szczerzę, nie spodziewałam się tego.Wyników obu meczów, tego szaleństwa i... tego, że będę odchodziła spod hali w środę z nadzieją, że Anderson może jednak zostać w Polsce.




    Lekko się skrzywiłam widząc godzinę wyjazdu do Lubina. 8:15? Lubin wcale nie jest tak daleko, więc myślałam, że wyjedziemy o tej 9(ewentualnie o 8:30). Nie chciałam nikogo prosić, aby zawoził mnie do Kalisza i wracał, więc zostało mi wstać o  6, żeby zdążyć na autobus o 6:34. Wyjazdy na mecz wymagają poświęceń, bo kto lubi wstawać o tak nieludzkiej porze? 

  Oczywiście wyjechaliśmy później... Kto by się tego spodziewał?

  Dwa postoje po drodze, w Lubinie byliśmy krótko po 12, więc niecałą godzinkę przed meczem. Znów przemyciłam wodę na halę, chociaż pani kazała mi ją zostawić przy wejściu. To nie pierwszy raz, gdy mimo zakazu, ja swoją wodę wniosłam. Na Lidze Światowej wniosłam wodę z zakrętką rok temu bez problemu, w Krakowie na półfinały weszłam z wodą w ręce, wyrzucając nakrętkę według polecenia, a po wejściu wyciągnęłam nakrętkę zapasową z torebki. W Gdańsku zapomniałam, że mam wodę w torebce, a ochroniarz nie sprawdził torebki, więc z nią weszłam(inna sprawa, że ja naprawdę zapomniałam, że ją mam, zorientowałam się chyba następnego dnia rano, jak wyciągałam rzeczy). Szkoda, że nie zawsze mam takie szczęście.



   Mecz w Lubinie był totalnym szaleństwem! Widząc 14:7 w pewnym momencie pierwszej połowy pierwszego meczu nie sądziłam, że my to nadrobimy. Ba, już widziałam to, że w środę rozegramy ostatni mecz. Na przerwę zeszliśmy z wynikiem 14:10. No w sumie wyglądało to ciut lepiej i pomyślałam, że może, może? Szybko zmieniam zdanie. Goniliśmy w drugiej połowie, remisowaliśmy, uciekali, goniliśmy.... Wynik 27:26 i tylko jedna bramka straty to naprawdę minimalny wymiar kary. Tym bardziej, że Arek Moryto nie trafił karnego, który dałby im dwie bramki przewagi.

   Po meczu nie zabrakło wspólnego zdjęcia z piłkarzami pod halą i czas wrócić... a nie, jednak niczym wycieczka szkolna wstąpiliśmy do Maka. Tym samym sposobem do Kalisza dotarliśmy około 19:40,  więc nie chcąc czekać godzinę na autobus do domu, nie chciałam dzwonić po tatę, więc o 20:14 wsiadłam w pociąg i po przesiadce w Ostrowie w końcu, o 21:15 dotarłam prawie do mojego miasta.Przypomnę, wyjechałam o 6:34.


   W środę jadąc na zajęcia też nie wiedziałam, czego się spodziewać, poza tym, że znów zobaczę Andersona Mollino. Naprawdę chcę, by został w Polsce. Chcę, chcę, chcę! 

   Zajęcia tego dnia skończyłam o 15:24, cudem zdążyłam na autobus do miasta. Zakupy i na halę. Półtorej godziny przed meczem. Naprawdę lubię zapełniające się stadiony i halę. Zaczął się i mecz!

   Niesamowite interwencje Łukasza Zakrety! Bramki, kary, kartki... Czas mijał, a wynik na tablicy się zmieniał, zmieniał i zmieniał. Na przerwę MKS zszedł z przewagą siedmiu bramek. Ale to nie był koniec, to był początek! Takiego meczu w Kaliszu nie było! 36:24, 12 bramek przewagi. Potrzebowaliśmy dwóch, by awansować do finału. Strzeliliśmy sporo, sporo więcej.  Cóż, wiecie kiedy uwierzyłam, że my to wygraliśmy?

    Gdy mijali mnie pod halą zawodnicy Zagłębia Lubin ze skrzywionymi minami niosąc pudełka z pizzą. Zerkałam wtedy też nerwowo na zegarek, bo jednak chciałam mieć podpisane przez Andersona zdjęcie. I tak mruczałam, że mógłby przyjść już.  Widząc jego kolegów z pizzą nawet żartowałam, że zapytam, czy się on podzieli. Czy muszę mówić, że pizza od zawodnika drużyny przeciwnej smakuje podwójnie? I miłe pożegnanie. Wzrok Jego kolegów, którzy chyba chcieli mnie zamordować wzrokiem. W tym sezonie po raz pierwszy wracałam na autobus tak bardzo szczęśliwa!

KIELCE SĄ NASZE!( przynajmniej jeśli o to, kto wygrał mecz o Dziką kartę i zagra z Vive).

We wtorek zapewne ostatni mecz w tym sezonie w Kaliszu! Będę tęsknić....



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz