niedziela, 8 kwietnia 2018

7 kwietnia, Lech - Górnik

   Kiedy od poniedziałku zastanawiałam się czy jechać na mecz, próbowałam wykalkulować, czy na pewno Lech nie spotka się za tydzień z Koroną Kielce. Zależało to jednak od kilku wyników, więc stwierdziłam, że jak pogoda się nie zepsuje, a mój katar zniknie, to się wybiorę teraz, nie kalkulując. 
  I przyszło piątkowe popołudnie - zostać w domu, czy nie zostać? Tytuł w sumie już wam podpowiedział, co wybrałam. I nie zgadniecie kto mi powiedział, żeby jechać. Kolega, z którym jeżdżę na zajęcia. Wyśmiał mój pomysł nauki w sobotę, tym bardziej na następne zajęcia w piątek i powiedział, że i tak nic nie zrobię, a przynajmniej pojadę na mecz.  A wtedy okazało się, że właściwie, to przecież nie mam iść z kim na mecz. Znów biłam się z myślami, bo tak strasznie nie lubię jeździć na mecze Lecha sama. Mówię to tak, jakbym jeździła na nie sama często, a tak naprawdę byłam sama na... jednym. Prawie dwa lata temu. Później jeszcze zobaczyłam, że na mecz sprzedano prawie 35 tys. biletów, więc po prostu weszłam na stronę i kupiłam swój. Nie było wielkiego wyboru właściwie, więc... to był ten dzień, gdy należało wrócić do Kotła. 

 Kto sprawdza też, jak ma pociąg do Poznania dopiero po kupnie biletu na mecz? Tak, to byłam ja. Dwa pociągi po 15, w Poznaniu w okolicach 16:30. Jednak gdy rano wyjrzałam za okno zaczęłam myśleć, że hej, ten pociąg o 13:11, będący w Poznaniu o 14:28 nie brzmi wcale tak źle, bo mogę iść na spacer.Wybrałam się więc nim do Poznania, a na miejscu umówiłam się z Gosią na placu Wolności. Przeszłam jednak przez rynek, żeby chociaż na niego zerknąć



  Z Gosią poszłyśmy na spacer, a przypadkowo spotkałyśmy mojego kolegę z Technikum. Poznań niby taki duży, a i tak okazuje się, że przeważnie na kogoś znajomego wpadam.

   Pod stadionem pojawiłyśmy się w okolicach 16:30, więc idealnie przed momentem, gdy zaczęli wpuszczać na trybuny. W sumie lubię oglądać prawie puste trybuny, które z każdą minutą powoli się zapełniają. Nie zabrakło standardowego zdjęcia, które zawsze ląduje na moim koncie na instagramie:

 
  Mecz zaczął się później, a następnie był przerywany przez czterokrotnie rzucane na boisko serpentyny. I tak do pierwszej połowy doliczono 16 minut. Dziękowałam wtedy rozkładowi jazdy, że aktualnie przypada ten, w którym pociąg do domu mam o 21:01, a nie 20:50, bo wiedziałam, że na pewno obejrzę mecz do końca.

   Pierwszy raz nie widziałam wszystkich bramek, a... jedną. Dawno w Kotle na meczu nie byłam i właściwie pierwszy raz trafiłam na oprawę, nie licząc samych racy. No i oprawa utknęła do góry, ciągle coś się haczyło i takim sposobem do końca meczu oglądałam mecz w małym kawałku, gdy była piłka blisko, a od 89 minuty w telebimie, bo oprawa się troszkę obsunęła. Po reakcji ludzi wiedziałam, że coś się dzieje, wiedziałam, że Górnik wyrównał na 1:1, ale nie miałam pojęcia, że był karny. Internet też nam działał tak, jakby nie chciał, więc załadował się w momencie drugiej bramki dla Kolejorza, którą widziałam tylko jak wpadała do  siatki. Panowie obok też się śmiali, jak powiedziałam wtedy - dobrze wiedzieć, że Górnik strzelił z karnego. Do drugiej połowy doliczono 6 minut.

  

  Po ostatnim gwizdku narzuciłam na siebie kurtkę i szybkim tempem poszłyśmy na przystanek. W 15 nawet się nie wciskałyśmy, jedynka była następna, wiec dopiero w szóstkę wsiadłyśmy, by dojechać na dworzec. Nie przypominam sobie, żebym jechała aż tak wesołym tramwajem, bo przeważnie jeżdżę na te mecze o 15:30, albo przez to, że mecz się tak przedłużył, więcej ludzi się śpieszyło było tak wesoło. W okolicach dworca byłyśmy koło 20:40, sprawdziłyśmy jak Gosia ma pociąg i ona ruszyła w jedną stronę, a ja w drugą. 

  I cóż, wspominałam o tym, że chciałam wykalkulować, czy zagramy za tydzień z Koroną... Zagramy. W piątek o 20:30, no przecież, że to nic nowego. Terminy meczów są tak bardzo beznadziejne, że pasuje mi tylko mecz z Legią. Piątkowy więc, później Lech - Górnik w sobotę 28 kwietnia o 20:30 - odpada. Mecz z Jagą jest w środę 9 maja o 20:30 - nie ma szans. I godzinowo więc wychodzi na to, że pasuje mi mecz za miliony monet z Legią. Więc to chyba był mój ostatni mecz w tym sezonie Lecha. Po raz kolejny - terminarze i rozkłady pociągów mnie nienawidza.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz