wtorek, 29 maja 2018

12 maja - Pogoń - Perła, 13 maja - Azoty - Vive

    Przychodzę z bardzobardzobardzo spóźnionym wpisem z ostatniego meczowego weekendu. Zmobilizowałam się, by go dodać, bo... w ten weekend trzy mecze. I byłabym jeszcze bardziej do tyłu, niż jestem w tej chwili.


   Pilnowałam strasznie, by nie przegapić biletów na finały Pucharu Polski w piłce ręcznej, które odbywały się w miniony weekend w Kaliszu, a wyszło na to, że bilety zostały nie użyte. Nie oznacza to jednak, że na meczach się nie pojawiłam. Tylko w troszkę innej roli, niż początkowo miałam.

   3 dni!!!! przed finałem kobiet jedna z osób z kaliskiego klubu kibica MKSu zapytała, czy jest ktoś chętny na wolontariat. Długo się nie zastanawiałam, stwierdziłam, że może być niezła zabawa, więc zgłosiłam się na sobotę i namówiłam do tego także moją towarzyszkę. I właściwie, naprawdę dobrze się bawiłam.

  Sobota była dobrym dniem, mimo, że pierwszą połowę oglądałyśmy stojąc w wejściu na halę, ponieważ tego dnia wydawałyśmy akredytację i musiałyśmy pozostać na stanowisku do końca pierwszej połowy. (Ostatni dziennikarz przyszedł o 14:57, mecz rozpoczynał się o 15). Drugą połowę spędziłyśmy za ławką rezerwowych Perły Lublin. Po meczu pomogłyśmy z reklamówkami z fantami od sponsorów, zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć i rozeszłam się z Zuzią. Jako, że mecz odbył się o 15, wracałam pociągiem.


  Kolejnego dnia wybierałam się na komunię. Pierwszy raz wybierałam się na mecz w... sukience. Tak, dobrze czytacie. Nie było sensu zabierać ubrania na zmianę. Tak więc kilka minut przed 17 pożegnałam się z wszystkimi, uprzednio jeszcze tłumacząc, że krzyczący panowie na rynku w Kaliszu idą na finał Pucharu Polski w piłce ręcznej. I owych panów spotkałam na przystanku autobusowym.

  Co to byłby za wyjazd bez dziwnych historii? Na przystanku panowie coś o finale kobiet, to powiedziałam im kto wygrał. Później któryś pan rzucił, że ja to się pewnie nie znam i nie wiem, kto gra. Spojrzałam na niego groźnie, informując, że sama jadę właśnie z nimi na mecz. I całą podróż autobusem przegadałam z jednym z panów, przy śmiechach jego kolegów. O lidze. o Vive, o tym, że jeździ na mecze od 2007 roku i na Puchar Polski i tylko jeden przegrali, gdy był. Przy hali się rozstaliśmy, ja poszłam w swoją stronę, on do auta. Ale to nie była nasza ostatnia rozmowa.



  Przywitałyśmy się z osobami którym pomagałyśmy dzień wcześniej, uzgodniliśmy w czym pomożemy i poszłyśmy usiąść na trybunie, przy piłkarzach MKSu. Mecz minął szybko. I zupełnie inaczej, niż kiedy chodzę na mecze Kalisza, gdy krzyczę z klubem kibica. Było spokojniej i strasznie żałuję, że Azoty zagrały dobre 40 minut, a nie 60. Trybuna pełna kibiców VIVE robiła wrażenie, naprawdę. I ich wspólne świętowanie po meczu, fajny widok.



  Tym razem dłużej wychodzili z hali, niż po meczu 1 maja, ale i tak udało nam się zrobić kilka brakujących zdjęć z piłkarzami. Ciężko odchodziło się spod hali z myślą, że został tylko mecz reprezentacji 13 czerwca, a później do sierpnia nic. I piłki nożnej też nie będzie do tego czasu... Będę tęsknić!

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz