niedziela, 11 marca 2018

10 marca 2018 r, ENERGA MKS Kalisz - Górnik Zabrze

  Koniec rundy zasadniczej zbliża się coraz bardziej. Właśnie odbyła się 26 seria spotkań. Co oznacza, że zostały jeszcze 4 mecze MKSu(a właściwie 5, bo mecz 25 serii z Wisłą został przełożony), czyli w tym domowe mecze z Azotami i Gwardią. Niestety nie wiem, czy dane będzie mi zobaczyć mecz z Puławami, bo jest w środę, w dodatku o mojej ukochanej 20:15, a ostatni autobus do domu odjeżdża o 21:09, a żeby na niego zdążyć muszę zawsze około 20:35 wychodzić. No, ale jeszcze mam chwilkę czasu, żeby coś wymyślić. 


  Górnik Zabrze miałam przyjemność oglądać przed sezonem. W trakcie trzech dni turnieju w Kaliszu widziałam ich trzy mecze. I naprawdę dobrze się je oglądało, z resztą Górnik wygrał cały ten turniej. Pamiętam, że na jednym z meczów usiadłyśmy w pobliżu panów, którzy kibicowali Zabrzu i było całkiem przyjemnie. Teraz jednak nie było mowy o takim czymś. Mam swoje miejsce, a ani przez moment nie przeszła mi przez głowę myśl, że mogłabym kibicować drużynie przeciwnej. 

  Na początku sezonu byłam zdania, że punkty z Kalisza wywiozą Kielce, Płock, Puławy i Zabrze. Rzeczywistość do wczorajszego meczu okazała się inna - z punktami odjechały Kielce, Płock, a także Kwidzyn i Głogów. Przed tym meczem zaczynałam już myśleć, że skoro Zagłębie Lubin pokonało Górnik, a traci do nich około 30 punktów, to może i nam się uda?  Chociaż z drugiej strony, w kolejnej kolejce Zagłębie przegrało z Elblągiem, które do Lubina traciło prawie 20 punktów. Niestety, tak jak myślałam przed sezonem - Górnik wyjechał z punktami. Szkoda...
   Początek wcale nie zapowiadał, że przegramy 8 bramkami. Bodajże do stanu 6:6 walka była bramka za bramkę(nie ma jeszcze udostępnionego protokołu meczu, więc nie mogę się upewnić). Później uciekali, goniliśmy, już mieliśmy ich prawie i bach, odjeżdżali. Druga porażka w tym roku stała się faktem, a przed nami właściwie kolejne mecze, w których będzie ciężko. Troszkę już za bardzo spodobały mi się te zwycięstwa... Ale porażki też są częścią sportu.

   Dziś miałam nową towarzyszkę na meczu. W sumie pierwszy raz miałyśmy okazję porozmawiać, nie licząc jakiś komentarzy na instagramie/fotoblogu, uśmiechów i mijania się gdzieś na meczach Lecha.

   Po meczu przyszedł czas na uzupełnienie autografów, nowe zdjęcia, uśmiechy, miłe słowa, żarty. Trener Górnika okazał się przesympatycznym człowiekiem, który sprawił, że nie sposób było się nie uśmiechnąć, chociaż wynik meczu był nie taki, jakbym chciała.  Po raz kolejny zobaczyłam zaskoczoną minę zawodnika, gdy dałam do podpisania wcześniejsze zdjęcie. Nawet zapytałam, czemu te zdjęcia, tak dziwią, a w odpowiedzi usłyszałam - bo właściwie to nie pamiętam, kiedy to zdjęcie było robione. 





    Pierwszy raz też ktoś docenił, że miałam marker do zbierania autografów, dzięki Edin! Po tym, jak wściekły zszedł z boiska, po skandowaniu imienia i nazwiska rezerwowego bramkarza, kopnął leżącą wodę, to nie byłam pewna, czy warto podchodzić. 

  Nie wiem też jak nabiłam sobie siniaka na kolanie, nie pytajcie. Sama sobie zadaje to pytanie nadal, może lepiej nie znać odpowiedzi.



  Jak już nie robi na mnie wrażenia to, że czasami zawodnicy ściągając sobie koszulki, tak na tym meczu mało nie wybuchnęłam śmiechem, gdy jeszcze chwila, a jeden z zawodników Górnika zostałby bez spodenek. (No, a trochę zmieniły położenie i były zdecydowanie za nisko).

  Po raz pierwszy też widziałam, że gracze obydwóch drużyn dostali czerwone kartki. Zbyszek Kwiatkowski i Marek Daćko urządzili sobie pogaduszki w strefie zawodników, którzy zostali odesłani z boiska po ujrzeniu czerwonego kartonika. 


  I w sumie wygląda na to, że dane będzie mi zobaczyć mecz z Azotami Puławy, tyle, że... Pucharu Polski. Gdy zaczynałam wpis, nie widziałam nigdzie pewnego terminu i godziny, a znałam jedynie to, co podobno mówił trener po meczu. Skoro godzina 18:30 widnieje na stronie związku, to chyba mogę powiedzieć, że w przyszłym tygodniu wybieram się na dwa mecze. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz