niedziela, 18 lutego 2018

18 lutego, Lech Poznań - Pogoń Szczecin

   Początkowo w stolicy Wielkopolski miałam pojawić się w dniu meczu. No właśnie, początkowo. W piątek plan okazał się jednak inny i już dzień wcześniej, co prawda wieczorem pojawiłam się w Poznaniu. Na meczach Lecha mam właściwie zamienne towarzystwo, czasami wybiorę się z Gosią, czasami z Lidką. Tym razem moją towarzyszką była Lidka. Czy da się lepiej spędzić weekend przed początkiem czwartego semestru studiów? W ukochanym mieście, w wspaniałym towarzystwie i dodatkowo na meczu? Odpowiedź jest tylko jedna - nie. 

   O początku września prowadzę na kartkach terminarz PGNiG Superligi, Ekstraklasy i Plus Ligi, gdzie zaznaczam godziny meczów, by wiedzieć, czy jest dobra godzina meczu i czy nie nakłada mi się z domowym meczem Kalisza. Przyznam się szczerze, że w tym sezonie stawiam jednak na piłkę ręczną z racji posiadania karnetu na domowe mecze MKSu. Dotychczas odpuściłam tylko jeden mecz, za tydzień drugi. I wpisując kolejne godziny spostrzegłam, że MKS gra na wyjeździe a Lech o 18, co oznacza, że mam jak wrócić do domu. Od razu napisałam do Lidki, czy planuje być na meczu, bo ja się wybieram. Towarzystwo dwa tygodnie wcześniej już było. Miałam tylko nadzieję, że tym razem nie rozchoruje się tak, jak w grudniu, kiedy miałam na mecz jechać, ale dopadła mnie choroba. Na szczęście nie wypadło mi nic innego.  

  Piątkowego popołudnia bilety na mecz zostały kupione, zaplanowany dojazd, więc przyszedł czas na cięcie konfetti. Nie miałam gazet w domu, ale nic straconego. Notatki z fizyki, którą miałam w drugim semestrze okazały się na tą okazję idealne. I inne kartki, które były notatkami, czasami z zajęć, czasami nie do końca zapisanymi równaniami. Jak to zostało stwierdzone - notatki w końcu się na coś przydały.  Dowód poniżej.


  Jako, że to ja rzucałam konfetti, to Lidka robiła zdjęcie, więc poniższe zdjęcie będzie jej autorstwa. Jeśli ktoś chciałby, to też mogę zaprosić na jej bloga. O tutaj! 

  Zanim przyszła jednak pora na mecz, był też czas na zwiedzanie. Dawno w Poznaniu nie byłam by pozwiedzać. Może dwa razy w zeszłym roku się trafiło, że gdzieś byłam, coś zobaczyłam, ale... brakowało mi Malty! I był krótki spacer. Podziwiam ludzi, którzy się kąpali. Morsy, ja bym tak nie umiała! 

 
Były też naleśniki w Manekinie, ale ich zdjęcia nie posiadam. Może lepiej? Jeszcze narobiłabym komuś na nie ochoty. Nie przepadam za naleśnikami na słodko, więc w moich znalazły się pieczarki, pomidory, ser, salami i szynka. I tak jak poprzednio, nie zawiodłam się. I kolejka też nie była straszna. Zapewne jeszcze kiedyś tam wrócę, jak tylko trafi się okazja. 
 
    A przed naleśnikami zobaczyłam też słynny poznański mural, który na zdjęciach, owszem, widziałam, ale na żywo jeszcze nie miałam okazji.  
 
 

 Przyszedł też w końcu czas na główny cel wyjazdu - mecz. Miałam mieszane uczucia przed nim. Nie byłam pewna ani zwycięstwa, ani porażki. Pewnie, liczyłam na trzy punkty, ale wiem już, że mój zespół nie zawsze robi to tak, jak powinien. Po pierwszym golu długo wyglądało to chyba jak bronienie wyniku. Dilaverovi chyba nikt o tym nie powiedział, więc mecz zakończył się zwycięstwem dwa do zera. Jasiu miał piękną jedną obronę. Troszkę pośpiewałam pod nosem, troszkę pokrzyczałam, troszkę marudziłam. Troszkę też zmarzłam, ale nic dziwnego, mamy początek drugiej połowy lutego, przecież nie będzie ciepło. Podróż pełnym tramwajem. Czemu dobre weekendy mijają tak szybko? A i po wykrzykiwaniu nazwiska autora gola zabrakło mi nazwy klubu. Przywykłam już, że w Kaliszu jest 2 razy nazwisko i po nim nazwa klubu, więc... mało brakowało, a sama bym ją w Poznaniu dokrzyczała.  Z jednej strony miła odmiana, bo na piłce ręcznej jednak ciągle krzyczę, klaszczę, a na trybunie, na której siedziałyśmy, nie muszę tego robić. Na któryś z kolejnych meczów Lecha na pewno wybiorę się do Kotła. Tylko żebym przyśpiewek nie pomyliła, bo byłoby śmiesznie.


 Zbliżające weekendy zapowiadają się tak intensywnie, bo za tydzień mecz w Jastrzębiu, a później cztery weekendy piłki ręcznej w Kaliszu, że staram się dodawać tu wpisy na bieżąco. I pewnie przez to nie wygląda to tak, jakbym chciała. Chociaż nie wiem, jak chciałabym, żeby to wszystko wyglądało.  Wytrwałam jednak już półtora miesiąca, mam nadzieję, że dam radę do końca roku.

1 komentarz:

  1. La Zabawa! Cieszę się, że był to dla Ciebie przyjemny weekend przed powrotem na studia :)

    OdpowiedzUsuń