A właściwie może wypadałoby w tytule wpisać zupełnie inną datę, bo wyjazd na mecz do Jastrzębskiego Węgla rozpoczęłam 23 lutego w piątek. Zajęcia na uczelni tego dnia miałam do 16:15. Zdążyłam wrócić do domu, zjeść obiad, przepakować torebkę i czas wyruszyć w drogę. Pierwszy kierunek, Wrocław.
To był ten z weekendów, gdy w jednej minucie, o 18:07 w piątek stoję na dworcu, zamykam oczy, by mrugnąć, a gdy je otwieram, jest 21:04 w niedzielę i właśnie wysiadłam z pociągu. Zdecydowanie za szybko wszystko minęło, ale może dlatego, że grafik w sobotę był naprawdę napięty.
Pierwszy pociąg przyjechał planowo i w Ostrowie również byłam na czas. Mogłam też pożałować, że nie wybrałam na całą podróż Przewozów Regionalnych, które odjeżdżały 10 minut później. Ale... nie, bo co, jeśli pierwszy pociąg się spóźni? W nagrodę za to więc moje InterCity miało opóźnienie ponad 10 minut. Do Wrocławia dotarłam jednak planowo, o 20:53, właściwie pociąg już w Oleśnicy był tak, jak powinien. Nie da się? InterCity pokazuje, że się da.
Podróż do Katowic rozpoczęłyśmy o 8:51 zgodnie z planem. Choć może powinnam wspomnieć, że dzień rozpoczął się od spóźnionego autobusu? Na miejscu pojawiłyśmy się o 11:07. Zima nie zaskoczyła w sobotę PKP, bo wszystkie nasze podróże odbywały się tak, jak powinny, a były to w sumie 4 odcinki. Do Wodzisławia Śląskiego wyruszyłyśmy o 12:09, a dotarłyśmy też planowo o 13:16. Wcześniej zdążyłyśmy też coś zjeść i kupić sok na drogę. Plan dotarcia co Jastrzębia Zdroju był inny, ale przyszło nam jechać autobusem. Którym już jeździłam w czasie poprzednich wypadów do Jastrzębia na mecz, ale z Rybnika. Na hali pojawiłam się więc troszkę po 14.
To był jeden z tych wspaniałych powrotów, bo poprzedni raz byłam w Jastrzębiu w poprzednim roku, 7 stycznia, więc naprawdę sporo czasu zajęło mi dotarcie na mecz ulubionego zespołu na ich hali. Zawsze coś było na nie. I czy teraz to było już takie proste?
To był ten z weekendów, gdy w jednej minucie, o 18:07 w piątek stoję na dworcu, zamykam oczy, by mrugnąć, a gdy je otwieram, jest 21:04 w niedzielę i właśnie wysiadłam z pociągu. Zdecydowanie za szybko wszystko minęło, ale może dlatego, że grafik w sobotę był naprawdę napięty.
Pierwszy pociąg przyjechał planowo i w Ostrowie również byłam na czas. Mogłam też pożałować, że nie wybrałam na całą podróż Przewozów Regionalnych, które odjeżdżały 10 minut później. Ale... nie, bo co, jeśli pierwszy pociąg się spóźni? W nagrodę za to więc moje InterCity miało opóźnienie ponad 10 minut. Do Wrocławia dotarłam jednak planowo, o 20:53, właściwie pociąg już w Oleśnicy był tak, jak powinien. Nie da się? InterCity pokazuje, że się da.
Podróż do Katowic rozpoczęłyśmy o 8:51 zgodnie z planem. Choć może powinnam wspomnieć, że dzień rozpoczął się od spóźnionego autobusu? Na miejscu pojawiłyśmy się o 11:07. Zima nie zaskoczyła w sobotę PKP, bo wszystkie nasze podróże odbywały się tak, jak powinny, a były to w sumie 4 odcinki. Do Wodzisławia Śląskiego wyruszyłyśmy o 12:09, a dotarłyśmy też planowo o 13:16. Wcześniej zdążyłyśmy też coś zjeść i kupić sok na drogę. Plan dotarcia co Jastrzębia Zdroju był inny, ale przyszło nam jechać autobusem. Którym już jeździłam w czasie poprzednich wypadów do Jastrzębia na mecz, ale z Rybnika. Na hali pojawiłam się więc troszkę po 14.
To był jeden z tych wspaniałych powrotów, bo poprzedni raz byłam w Jastrzębiu w poprzednim roku, 7 stycznia, więc naprawdę sporo czasu zajęło mi dotarcie na mecz ulubionego zespołu na ich hali. Zawsze coś było na nie. I czy teraz to było już takie proste?
Zawsze mówię, że wyjazd na mecz o 14:45 jest łatwiejszy do zorganizowania. Ale czy ten był? Pociągu do domu? Irmina, chciałabyś wrócić z Katowic po dwudziestej do domu? Zapomnij, rozkład tego nie uwzględnia. Istniała opcja przesiadki we Wrocławiu, ale raz, musiałabym wyjść z hali być może wcześniej w przypadku pięciu setów, żeby zdążyć na busa o 17:50, bo innej opcji nie było, dwa, znaleźć kogoś, kto odbierze mnie o 1 w nocy z Ostrowa Wielkopolskiego, już widziałam oczami wyobraźni ten tłum chętnych, by mnie odebrać. W sumie była możliwość, późniejszym busem do Katowic, stamtąd do Krakowa i dopiero do domu. Dobry żart, prawda? Próbowałam szukać wszystkiego. Bo ten Kraków i ta przesiadka brzmiała mało śmiesznie, ale zawsze kilka minut różnicy w przesiadce, nie pozwalało mi na nią. Byłam już zrezygnowana, kiedy Natalia zaproponowała, żebym przenocowała u niej, we Wrocławiu. Skończyło się tym, że zaproponowałam Natalce, by jechała ze mną.
Przyznam się szczerze, że do samego meczu i wyniku byłam sceptycznie nastawiona, a patrząc na grę Jastrzębian w ostatnim czasie byłam przekonana, że w najlepszym dla nas wypadku, skończy się wynikiem 3:1 dla... Olsztyna. Tak, byłam słabej wiary, patrząc na to, co robi w tym sezonie mój zespół. Z drugiej strony żartowałyśmy z dziewczynami, że skoro to mój trzeci mecz w tym sezonie, wliczając przed sezonowy sparing w Murowanej Goślinie, to do trzech razy sztuka i w końcu muszą wygrać. Pierwszy set to był... kosmos. Nie wiem, jak my to wygraliśmy, w ogóle... nie wiem, co tam się działo. Momentami się załamywałam, zakrywałam się klaskaczem. Tyle meczowych z jednej i drugiej strony, na szczęście wygraliśmy. Karolina stwierdziła, że ona uwierzy, że to wygramy dopiero, jak na tablicy pojawi się wynik 3:0, w które chyba same naprawdę nie wierzyłyśmy. Ja nadal byłam wściekła za porażkę w Warszawie, którą oglądałam będąc na hali. Okej, przyznam, że po tym weekendzie troszkę, ale to tylko troszkę mi przeszło. Dwa kolejne sety też padły naszym łupem, na tablicy pojawiło się to trzy zero i mogłyśmy uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło.
Po meczu od razu wyszłyśmy, bo okazało się, że zdążymy na pociąg z Wodzisławia do Katowic, który był wcześniej, niż bus z Jastrzębia do Katowic. Kupiłyśmy bilet w biletomacie, chociaż pan mówił, że wcześniej komuś nie wydrukowało, bilet wyszedł razem z naszym. Szkoda tylko, że pan odjechał dużo wcześniej i stracił swój bilet. Wybrałyśmy najtańszą opcję i w sumie śmiesznie wyszło, bo nie wiedziałyśmy, że to relacyjny, na trzy godziny i chyba można nim jeździć w dwie strony, ale nadal tego nie wiem. Wystraszyło nas to trochę, bo stacje były odwrotne, ale niepotrzebnie. Wyjazd bez przygód? Niemożliwe!
Kolejny raz wszystko szło planowo. Miło byłam zaskoczona tego dnia przez PKP, bo jednak zawsze jakieś opóźnienia się pojawiają. Nie tym razem. Na przesiadkę miałyśmy sporo czasu, bo prawie półtorej godziny. Zdążyłybyśmy nawet na wcześniejszy pociąg do Wrocławia, ale skoro bilety już miałyśmy, to zostałyśmy i czekałyśmy. I znów planowo, jedyna niezbyt miła niespodzianka, to podstawienie wagonu z przedziałami, zamiast bez. Nie cierpię tych ośmioosobowych przedziałów, gdzie nie można nawet wyprostować nóg. Do mieszkania Natalki dotarłyśmy chyba koło 23:30. 8 godzin w ciągu dnia w podróży. Czego nie robi się dla ulubionego zespołu?
Mecz obejrzałam z Natalią i Karoliną, którym naprawdę dziękuje. Natalii, za propozycję noclegu, a późniejsze towarzyszenie mi w tej szalonej podróży, a Karolinie za pomoc w ogarnięciem dojazdu do Jastrzębia i powrotu. Dobrze było mieć kogoś, kto lepiej orientuje się w tym wszystkim, niż ja. Znam jakąś okolicę, kojarzę miejsca, ale bezpieczniej było mieć kogoś, kto zna otoczenie bardziej, niż ja sama.
W niedzielę chciałyśmy wybrać się Natalką do kina. No i się wybrałyśmy, tylko nie obejrzałyśmy całego, bo na parkingu zapalił się samochód, więc ewakuowano całą galerię. Pojechałyśmy do mieszkania, bo czy był sens czekać i marznąc?
Przed wyjazdem moim do domu wypiłyśmy jeszcze kawę. Nie przepadam za kawą, jednak Natalia jest jedyną osobą, z którą ją piję. (Kawę, nie Natalię :) ).
W podróż zabrałam ze sobą "Never, never" Colleeen Hoover i Tarryn Fisher. Byłam przekonana, że akurat wystarczy na ten wyjazd. Skończyłam czytać wracając z Katowic do Wrocławia. Chyba za szybko czytam książki.
Ponad 700 kilometrów w 51 godzin. Czy to był jeden z tych bardziej szalonych wyjazdów? Dla mojego portfela i stanu konta, na pewno.
I spełniłam w sobotę jeden mały swój cel - byłam na meczu AZS'u Olsztyn. Tyle czekałam, zawsze było coś na nie, teraz też troszkę było zamieszania, ale wszystko się udało. Spędziłam weekend w dobrym towarzystwie, na w końcu zwycięskim meczu Jastrzębia. Chciałabym, żeby to nie był ostatni mecz w sezonie Jastrzębia, na którym byłam, ale... sama nie wiem, czy coś się uda. Cieszę się więc tym, że byłam. Powrotny na mecze do Jastrzębia zawsze są najlepsze.
Tego samego dnia grał też MKS. Sprawdzam wynik po 1 połowie i 12:3. W pierwszej chwili myślałam, że ktoś zapomniał dopisać tam jedynki, ale nie, naprawdę w pół godziny Szczecin strzelił nam trzy gole. Chyba straciłam dobry mecz, ale nie żałuję. Będą kolejne, a najbliższy już w sobotę.
Przyznam się szczerze, że do samego meczu i wyniku byłam sceptycznie nastawiona, a patrząc na grę Jastrzębian w ostatnim czasie byłam przekonana, że w najlepszym dla nas wypadku, skończy się wynikiem 3:1 dla... Olsztyna. Tak, byłam słabej wiary, patrząc na to, co robi w tym sezonie mój zespół. Z drugiej strony żartowałyśmy z dziewczynami, że skoro to mój trzeci mecz w tym sezonie, wliczając przed sezonowy sparing w Murowanej Goślinie, to do trzech razy sztuka i w końcu muszą wygrać. Pierwszy set to był... kosmos. Nie wiem, jak my to wygraliśmy, w ogóle... nie wiem, co tam się działo. Momentami się załamywałam, zakrywałam się klaskaczem. Tyle meczowych z jednej i drugiej strony, na szczęście wygraliśmy. Karolina stwierdziła, że ona uwierzy, że to wygramy dopiero, jak na tablicy pojawi się wynik 3:0, w które chyba same naprawdę nie wierzyłyśmy. Ja nadal byłam wściekła za porażkę w Warszawie, którą oglądałam będąc na hali. Okej, przyznam, że po tym weekendzie troszkę, ale to tylko troszkę mi przeszło. Dwa kolejne sety też padły naszym łupem, na tablicy pojawiło się to trzy zero i mogłyśmy uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło.
Po meczu od razu wyszłyśmy, bo okazało się, że zdążymy na pociąg z Wodzisławia do Katowic, który był wcześniej, niż bus z Jastrzębia do Katowic. Kupiłyśmy bilet w biletomacie, chociaż pan mówił, że wcześniej komuś nie wydrukowało, bilet wyszedł razem z naszym. Szkoda tylko, że pan odjechał dużo wcześniej i stracił swój bilet. Wybrałyśmy najtańszą opcję i w sumie śmiesznie wyszło, bo nie wiedziałyśmy, że to relacyjny, na trzy godziny i chyba można nim jeździć w dwie strony, ale nadal tego nie wiem. Wystraszyło nas to trochę, bo stacje były odwrotne, ale niepotrzebnie. Wyjazd bez przygód? Niemożliwe!
Kolejny raz wszystko szło planowo. Miło byłam zaskoczona tego dnia przez PKP, bo jednak zawsze jakieś opóźnienia się pojawiają. Nie tym razem. Na przesiadkę miałyśmy sporo czasu, bo prawie półtorej godziny. Zdążyłybyśmy nawet na wcześniejszy pociąg do Wrocławia, ale skoro bilety już miałyśmy, to zostałyśmy i czekałyśmy. I znów planowo, jedyna niezbyt miła niespodzianka, to podstawienie wagonu z przedziałami, zamiast bez. Nie cierpię tych ośmioosobowych przedziałów, gdzie nie można nawet wyprostować nóg. Do mieszkania Natalki dotarłyśmy chyba koło 23:30. 8 godzin w ciągu dnia w podróży. Czego nie robi się dla ulubionego zespołu?
Mecz obejrzałam z Natalią i Karoliną, którym naprawdę dziękuje. Natalii, za propozycję noclegu, a późniejsze towarzyszenie mi w tej szalonej podróży, a Karolinie za pomoc w ogarnięciem dojazdu do Jastrzębia i powrotu. Dobrze było mieć kogoś, kto lepiej orientuje się w tym wszystkim, niż ja. Znam jakąś okolicę, kojarzę miejsca, ale bezpieczniej było mieć kogoś, kto zna otoczenie bardziej, niż ja sama.
W niedzielę chciałyśmy wybrać się Natalką do kina. No i się wybrałyśmy, tylko nie obejrzałyśmy całego, bo na parkingu zapalił się samochód, więc ewakuowano całą galerię. Pojechałyśmy do mieszkania, bo czy był sens czekać i marznąc?
Przed wyjazdem moim do domu wypiłyśmy jeszcze kawę. Nie przepadam za kawą, jednak Natalia jest jedyną osobą, z którą ją piję. (Kawę, nie Natalię :) ).
W podróż zabrałam ze sobą "Never, never" Colleeen Hoover i Tarryn Fisher. Byłam przekonana, że akurat wystarczy na ten wyjazd. Skończyłam czytać wracając z Katowic do Wrocławia. Chyba za szybko czytam książki.
Ponad 700 kilometrów w 51 godzin. Czy to był jeden z tych bardziej szalonych wyjazdów? Dla mojego portfela i stanu konta, na pewno.
I spełniłam w sobotę jeden mały swój cel - byłam na meczu AZS'u Olsztyn. Tyle czekałam, zawsze było coś na nie, teraz też troszkę było zamieszania, ale wszystko się udało. Spędziłam weekend w dobrym towarzystwie, na w końcu zwycięskim meczu Jastrzębia. Chciałabym, żeby to nie był ostatni mecz w sezonie Jastrzębia, na którym byłam, ale... sama nie wiem, czy coś się uda. Cieszę się więc tym, że byłam. Powrotny na mecze do Jastrzębia zawsze są najlepsze.
Tego samego dnia grał też MKS. Sprawdzam wynik po 1 połowie i 12:3. W pierwszej chwili myślałam, że ktoś zapomniał dopisać tam jedynki, ale nie, naprawdę w pół godziny Szczecin strzelił nam trzy gole. Chyba straciłam dobry mecz, ale nie żałuję. Będą kolejne, a najbliższy już w sobotę.



Oglądałam JW-Olsztyn, ale Cię nie widziałam... Fajny mecz miałyście, ta gra na przewagi i to jeszcze zakończona po Waszej myśli :)
OdpowiedzUsuńSiedziałam od tej drugiej strony, za kwadratem rezerwowych od strony klubu kibica JW, więc całe szczęście mnie nie pokazali <3
Usuń